szlak Landmannalaguar- Þórsmörk

Laugavegur to prawdopodobnie najsłynniejszy pieszy szlak Islandii, bardzo popularny. Wiedziałam o tym, więc starałam się ominąć tłum. Puścić go przodem. W Landmannalaguar spałam długo, zrobiłam ostatnie zakupy (sklepik w autobusie jest drogi, ale jest tam sporo jedzenia i innych przydatnych drobiazgów, można ładować baterie, ale nie za darmo i tylko przez pół godziny. Na kempingu nie ma gniazdek). Wyszłam przed 10-tą. Pakując się, po raz ostatni usłyszałam melodię, która towarzyszyła mi na Trollaskaga. Zanucił ją przechodzący obok chłopak. – Idziesz w góry? – spytałam- Chcesz mapkę? Już mi niepotrzebna. Ucieszył się. Wyżyny były oszałamiająco piękne, ale ciche. Plusk strumyków, wiatr, szum traw, słyszałam je, ale nie składały mi się w muzykę. Uroda, która zapiera dech w piersiach, może to to -myślałam, chociaż wiele dużych grup trajkotało bez opamiętania. Szli tyralierą, wbrew znakom proszącym żeby pojedynczo, wydeptywali ślad szeroki jak autostrada. Na podejściach dyszeli i zwalniali, więc nie udało mi się ich całkiem uniknąć. Po pierwszej dotarłam do kolejnego schroniska- Hrafntinnusker. I przed nim i za nim stały tabliczki upamiętniające turystów, którzy tu zginęli. Z zimna, zaledwie kilkaset metrów od budynku.

Hrafntinnusker leży wysoko, zachmurzyło się i zrobiło się lodowato. Nikt tu chyba nie zostawał na noc, jeśli już, to tylko wewnątrz. Pole namiotowe wyglądało niezachęcająco, wiało. Schowałam się za załomem budynku i ugotowałam solidny obiad. Pogadałam z dziewczyną z informacji i poszłam dalej. Było koło drugiej. Szlak przecinał liczne potoki i rzeczki, żadna nie sprawiała kłopotu. Przeskakiwałam, wyszukiwałam śnieżne mosty, w płytkie wchodziłam w butach. Teraz byłam prawie sama. Widoki inne niż na poprzednim odcinku, mniej szokujące, mniej kolorowe, też piękne. Spokojniejsze, bardziej nostalgiczne. Nieliczni ludzie wędrowali w milczeniu, skupieni. Szlak minął lodowce, przeciął parujące strumyczki i dotarł do krawędzi płaskowyżu. Tu dogoniłam ludzi. Pomimo deszczu stali i kontemplowali. Zrobiłam to samo. Przesiedziałam tam ponad dwie godziny. Już sama. Pogoda odwróciła się, wyszło słońce, po dolinach- wspaniale zielonych wędrowały przelotne ulewy, czy może wzniecany przez wichurę pył? Jedno i drugie? Nie byłam pewna. Lodowiec na tle urwistych skał. Po księżycowym płaskowyżu (martwym jak piekło, chociaż tak niezwykle pięknym) wyglądał jak biblijny raj ze średniowiecznych malowideł czy gobelinów.

Zejście strome i długie. Bród, wymagający zdjęcia butów, dość głęboki, kwitnące łąki. Śliczne obozowisko nad jeziorem. Spokojne, chociaż naliczyłam aż 54 namioty, w tym trzy komercyjne grupy. Ich biwak zwinął rano ktoś z obsługi, bagaże zabrał samochód.

Puściłam ich przodem. Byłam przekonana, że przejdę tylko krótki odcinek więc szłam wolniutko. Przy rzece zaczepiłam dwie dziewczyny i pomogłam im przepakować plecak. Śpiwór zwisał ryzykownie uwiązany papierowym sznurkiem, wcisnęłam go bez problemu do środka.  Była tam tylko bielizna na zmianę i słodycze, nic ciepłego. Dziewczyny nocowały w schroniskach. Podziękowały, a ja z gapiostwa posiałam gdzieś jedną skarpetkę. Pewnie wpadła w nurt i uciekła. W kolejnym schronisku (odległym tylko o 4 km) ugotowałam drugie śniadanie. Myślałam, że puszczam w ten sposób kolejną grupę, ale kiedy ruszyłam znikąd pojawiła się jeszcze większa. Sznur ludzi ciągnął się przez kilka kilometrów, przemieszał na chwilkę w dużym brodzie i znów rozciągnął się po horyzont. Szliśmy płaskim jak stół polem lawowym, surowym, po poprzednich dniach wręcz ascetycznym. Też pięknym chociaż w inny sposób. W wielu miejscach szlak otoczono płotkiem z lin, żeby ograniczyć rozdeptywanie. Wyglądał przez to jak korytarz w muzeum. Za grańką zostałam sama, pewnie pora na lunch. Zjadłam w Emstur. Wiało tam strasznie, ale był namiot- jadalnia. Gotowałam, siedziałam, myślałam… była dopiero czwarta, więc poszłam.

Z wyliczeń wyszło mi, że dojdę na 10-tą. Czyli w sam raz. Było pięknie, otwarty widok na pasma pastelowych wzgórz i lodowiec. Wiatr. Wreszcie samotność. Na lodowcowej rzece most ładnie wywieszony nad kanionem. Potem kilka łatwych strumyków, przełęcz i rozległa dolina dotykająca skraju lodowca. Spotkałam tam rowerzystkę. Z daleka, po drugiej stronie kanionu widziałam inne (stąd niedostępne schronisko) i jadące do niego samochody. Wzniecały kurz. Dolina rozszerzyła się, szlak wspiął na morenę, dość stromo, pod lodowcem pojawiły się pierwsze owce. Bujna roślinność. Przekroczyłam rzekę- wiszącym mostem, przez trawy, przez sfalowane wzgórza doszłam do kolejnej. Było po 9-tej. Dolinę zakrył już granatowy cień. Zeszłam, poszukałam brodu. Nurt wartki, mętny porozdzielany na spienione nitki. Weszłam kawałek i wydawało mi się, że jest za głęboko. Woda z lodowca, wezbrana po słonecznym dniu. Zimno. Na przeciwległym brzegu dwa namioty. Za blisko chyba na schronisko. Wiedziałam, że naginam przepisy. Nie tylko ja, ale to nic nie zmieniało. Biwakować wolno tu tylko w szczególnym przypadku. Pewnie trzeba było spróbować jeszcze raz, w innym miejscu, ale nagle poczułam się zmęczona. Rozbiłam pałatkę na owczej trawce (tu natura nie była już tak delikatna jak wcześniej, więc miałam pewność, że niczego nie zniszczę), nastawiłam budzik. Rzeka opadła nocą o 10 centymetrów. Była tylko do kolan, bardzo zimna. Namiot pokrył szron, ale szybko się ogrzałam na słońcu. Za rzeką las, szlak źle oznakowany, plątały mi się różne ścieżki, zeszłam za daleko na zachód, wróciłam i po niecałej godzinie wypiłam kawę w ostatnim schronisku. Pięknie stamtąd widać lodowiec. Obozowisko było już prawie puste, na ścianach wisiały tablice informacyjne Laugavegur i kolejnego szlaku prowadzącego do Skogar. Mojego planu na kolejne dwa dni. Tak sądziłam, bo wszystko szło mi tu jakoś dziwnie szybko. Długo spałam, szłam w swoim tempie, jadłam co 3 godziny jak zwykle, robiłam zdjęcia, pomimo tego szlak rozpisany na 5 dni (podobno zwykle zajmujący 4) przemknął mi w ciągu zaledwie dwóch. Czułam się jakbym pożarła ciastko, którym mogłam się delektować dłużej… z drugiej strony zawsze tak chodzę, tylko nie po ścieżce. Stąd pewnie tak wielka różnica.

króciutkie info:

Jedzenie, pomimo ostrzeżeń w internecie i na tablicach informacyjnych można zdobyć w każdym mijanym schronisku, zwykle to czekoladki, żelki, ciastka. Nic ciekawego, ale z głodu się raczej nie zginie

sieć telefoniczna jest tylko przy schroniskach.

Rozbicie namiotu przy schronisku kosztuje 2o00 koron, prysznic 500. Większość szlaku jest objęta zakazem biwakowania i jest to uzasadnione. Na wulkanicznym gruncie latami widać każdy ślad, nawet zejście ze szlaku żeby usiąść, wygląda to obrzydliwie, w tym pięknym świecie rozprasza i denerwuje, podobnie jak ludzie rozdeptujący ścieżkę, rozkładający się gdzieś na boku żeby poleżeć (kiedy można by wybrać nieinwazyjne miejsce- na skale np nie na piachu czy mchu, przy ścieżce, nie kilkadziesiąt metrów z boku). Tam gdzie natura nie jest już tak wrażliwa biwakowanie też jest niemile widziane, wypytałam o to dokładnie w informacji. Turystów jest zbyt dużo, są zbyt bezmyślni, wiele osób chyba pierwszy raz jest w górach. Dominują ogromne plecaki, powywieszane na wierzchu śpiwory (nawet w deszcz), miękkie buty- niewygodne na gliniastych stromiznach. Zebrałam torbę chusteczek i papierów toaletowych. Nie tak dużą jak myślałam, prawdopodobnie ktoś też tam sprząta. Ścieżka była miejscami świeżo naprawiana- obsadzona płatami darni przeniesionymi z innych miejsc, zwężona.

Zapamiętałam dwa nieprzyjemne wydarzenia, jakiś człowiek zarzucił mi, że używam kijków (na ścieżce, i tak rozdeptanej- nie zrozumiałam o co mu chodzi), inny na moją propozycję, że się przesunę żeby mógł mnie minąć nie wdeptując w delikatny mech warknął -co mnie to obchodzi! Obaj byli bardzo napastliwi. Poza tym tłum nie okazał się tak denerwujący jak myślałam, a szlak tak ciekawy, że chętnie tam wrócę.

Share

Landmannalaguar

Przejechałam z Edgarem jakieś 40 kilometrów. Asfalt skończył się na moście. Pjorsa wyglądała przerażająco, błotnista, szybka spiętrzona przez elektrownię. Za Hraunejar skręciliśmy na górską drogę. Wiele razy wyobrażałam sobie to miejsce. To ostatni sklepik na wyżynach, ostatnia cywilizacja. Teraz tylko mi to mignęło. Myślałam, że będę musiała stąd iść, a przejechałam ten fragment szybciutko, za szybko. To piękne miejsca, zielone od mchu góry na czarnej lawie. Wieczorem odkryłam, że prowadzi nimi szlak, o którym nikt nic nie wiedział. Jeśli kiedyś znów trafię w tę okolicę spróbuję go przejść. Z drogowskazu wynika, że jest znakowany. Tuż przez kempingiem w Landmannalaguar jest parking. Edgar zostawił tam samochód i poszliśmy obejrzeć przejazd przez rzekę. Autobus nawet tam bardzo nie zwolnił, za to osobówka utknęła. Było po osie. Postanowiliśmy nie ryzykować i dalej poszliśmy pieszo. Jest kładka. Kemping jest ogromny, miejsce na namioty kamieniste, podmokłe. Jest tam informacja, jadalnia, są prysznice ( 500 koron) i co najważniejsze basen z gorącą wodą. Naturalna geotermalna sadzawka. Uznaliśmy, że światło jest płaskie, było południe więc rozsiedliśmy się wygodnie w basenie. Edgar przyjechał tu tylko dla zdjęć. Grzejąc się omówiliśmy mapkę (kupiłam ją w informacji turystycznej) i zdecydowaliśmy, który wybieramy szlak. Było ich sporo, spokojnie można by tam spędzić kilka dni. Wszystko wokoło wydawało nam się piękne, zadziwiające, do niczego niepodobne. Robiło wielkie wrażenie, pomimo tłoku. Rozbiłam namiot i ruszyliśmy w górę na grań. Wolniutko, bo mój towarzysz dźwigał statyw i plecak z obiektywami. Razem ważyło to chyba z 15 kilogramów, było o kilka klas lepsze od wszystkiego co dotąd widziałam. To inna fotografia niż ta, którą ja Wam pokazuję. Każde zdjęcie wymagało ustawiania, składania różnie naświetlonych i wyostrzonych ujęć, zajmowało nawet z godzinę. Ciekawie było to obserwować. Wymiękłam dopiero pod wieczór. Światło było wspaniałe, ale zerwał się wiatr i pomimo tego, że wzięłam ubranie, zmarzłam. Pomachałam, że lecę. Myślałam, że już się nie spotkamy, ale Edgar znalazł mnie wieczorem w basenie. Grupka młodych Islandczyków śpiewała szanty (sporo przy tym wypili, ale nie gubili rytmu), wciągnęli w śpiew inne grupy, śpiewali Litwini i chłopcy z Kazachstanu. O mało nie zaśpiewałam zwrotki Morskich Opowieści po polsku, ale się nie odważyłam. Było dużo innych chętnych- zdolniejszych. Zabawnie to brzmiało naprzemiennie w różnych językach. Śmieszyło wszystkich. Siedzieliśmy długo, zapadła noc i pierwszy raz tego lata zobaczyłam na Islandii gwiazdy. Edgara to ucieszyło. Opowiedziałam mu o znanych mi ciekawych miejscach. Pojechał w stronę zachodnich fiordów. Zostało mu kilka dni, odpływał promem ze wschodniego wybrzeża. Mam nadzieję, że wrócił zadowolony, że w czymś pomogłam. On pomógł bardzo. Naładowałam sobie wszystkie baterie. Wypoczęłam, odreagowałam stres.

I zrozumiałam, że nigdy nie będę fotografem krajobrazu, jestem na to zbyt niespokojna, zbyt szybka. :)

Share