Gruzja jesienią cz3

Zanim chłopcy wstali zdążyliśmy zejść 400 metrów nad rzekę i wdrapać się na podobną wysokość na drugim brzegu. Wieczorem omówiliśmy dokładnie szlak, więc znaleźliśmy go bez problemu. Wyraźna ścieżka łączyła trzy pasterskie szałasy, „nasz”, opuszczone zabudowania w dolinie rzeki i wysoko położony na zboczu namiot. Też już opuszczony. Dopiero kiedy do niego dotarliśmy z domku na Lekovani uniósł się pierwszy kłąb dymu. Nasi wczorajsi gospodarze robili kawę. Mogli sobie pozwolić na lenistwo. Psy wypędziły krowy na pastwisko same, tuż przed świtem. Na nas nawet nie zwróciły uwagi. Nie warto, skoro nikt nie patrzy.

Dolina była stroma i piękna. Na dnie jaskrawopomarańczowy las, jesienne kwiaty. Na zboczach pojedyncze drzewa, wysokie trawy. Rzeka znikała wśród lesistych wzgórz. Kwitły krokusy (czy zimokwity?). Prażyło słońce. Widoczny z daleka pomarańczowy namiot, zrobiony z popularnej tu grubej plandeki z bliska wygadał  mniej okazale. Malutki, wewnątrz nie było nawet pryczy, ubita ziemia, palenisko, obrośnięty sadzą czajnik. Stary but. Resztka wody w butelce imitującej naczynie do mycia rąk, które tu zastępuje kran z bieżącą wodą. Ugotowaliśmy ją na twardo z braku źródła. Wszystko wokół było zupełnie suche, jedyne co wypatrzyliśmy szukając wilgoci to kilkudniowa niedźwiedzia kupa. Ścieżka znikła w wysokich trawskach. Owce, które tu kiedyś stacjonowały musiały odejść już dawno temu. Ruszyliśmy według opisu, trawersem. Tej trasy nie było na mapie, ale podobno inne byłyby zbyt zawiłe, zbyt mylne. Od lat nikt już nimi nie chodzi. Pozarastały, poznikały. Nie dyskutowaliśmy. Pewnie nikt nie zna gór lepiej niż pasterze. Nawet tak młodzi.

Do popołudnia szliśmy zboczem, bez ścieżki. Mijaliśmy ślady po obozowiskach, ale nigdzie nie było wody. Uzbieraliśmy tylko po garści jagód. Za nami formowała się burza. Grzmiało, robiło się coraz bardziej buro. Chaotyczne owcze tropy zaczęły się zbierać w większe twory i ostatecznie utworzyły jeden trakt. W dolince na wprost zobaczyliśmy czerwony namiot. Dobiegliśmy tam na chwilkę przed deszczem i ( to cud!) znaleźliśmy wodę- odrobinę na dnie strumyka. W ostatniej chwili. Kiedy zaciągaliśmy za sobą płachtę wejścia lunęło. Deszcz bębnił w foliowy dach, tłukły się grzmoty. Burza warczała krążąc w wysokiej dolince i nagle zgasła równie szybko, jak się pojawiła. Odczekaliśmy chwilkę i wyszliśmy we mgłę. Znikała stopniowo i po chwili znów świeciło słońce. Wdrapanie się na grań do opuszczonej poprzedniego wieczora ścieżki zajęło nam z półtorej godziny. Za nami wspaniałe widoki, przed nami mgła, na niej widmo Brokenu- nie nasze tylko najbliższego szczytu. Na ścieżce znak- granatowy. Zbliżał się wieczór. Za kilka kilometrów powinniśmy dojść do rzeki, tak przynajmniej obiecywała mapa. Ruszyliśmy biegiem, ale szybko okazało się, że to nic nie da. Ścieżka była wąska, skalista, pogmatwana. Chmury kłębiły się, widok pojawiał się i znikał. Było pięknie, złoto, potem bardziej błękitnie. Kolejna dolinka, kolejny strumień- suchy. W końcu kałuża. -Zostajemy- zdecydowaliśmy zgodnie i tylko odeszliśmy dalej od wody. Kto wie, kto przyjdzie napić się nocą. Byliśmy na 2900 metrach npm. Od Tusheti dzieliła nas ostatnia grań. Szczypało zimno.

Share

Gruzja jesienią cz2: Sakisto-Lekovani

Stromo, najpierw przez las, zygzakiem po oślizłych trawkach. Na bitą drogę  z Tbatany. Prowadziła do jeziorka Sakisto, dla nas przyzwyczajonych do pirenejskich czy alpejskich jezior- błotnistej sadzawki. Nie znaleźliśmy tam nawet czystej wody. Coś co przypominało źródło było rozdeptane przez stada, zresztą zanim się ogarnęliśmy przyszły kolejne owce. Objuczone biwakowym sprzętem konie, uważne psy. Dwóch pasterzy, jak nam się wydawało niechętnych. Odeszliśmy na bok nie chcąc przeszkadzać. Ścieżka  skalista, wąska. Konie poruszały się po niej z trudem, mężczyźni szli. Straciliśmy ich potem z oczu we mgle, ale długo aż do popołudnia słyszeliśmy niedaleko ludzi. Inne pasterskie szałasy, inne wędrowne stada? Nie wiedzieliśmy. Widoczność nie poprawiła się. Mount Tbatana niewidoczna we mgle. Zagadkowe zardzewiałe tablice- może groby? Cichutki szmer płynącej wody, do której Jose bohatersko zszedł. Rosa osiadająca na wszystkim jak deszcz. Jedno źródło. Wypielęgnowane, czyste z kubeczkiem. Potem grań, wiatr i piękny widok. Na prawo, na lewo, falujące linie trawiastych grzbietów, rudawych, stromych, gęstych. Tajemniczych, bo widziałam je tylko przez chwilkę, kiedy rozdarła się mgła.

Tam się zgubiłam. Ścieżka do Tusheti jest znakowana. Zależnie od trudności różnymi kolorami. W miarę jak szliśmy żółty (łatwy) zmienił się w czerwony i w granatowy. Znaki były duże, malowane na skałach i drzewach, ale rzadkie. Szliśmy granią, nie myślałam, że wymaga uwagi, a przede wszystkim byłam zajęta czymś innym. Z chmury, znikąd wyjechała karawana koni. Objuczonych, powolnych. Teraz wiem, że zwoziły na dół ser. Na tle rwących się obłoków, oszałamiająco dalekich dolin w niskim słońcu  wyglądało to jak  kostiumowy film. Jak średniowiecze. Pomimo zwykłych współczesnych ubrań. -Dokąd idziecie?- jeden z jeźdźców zwolnił i szybko przeszedł z angielskiego na rosyjski.- To nie ta droga- też tędy dojdziemy?- upewniłam się- no… tak . Powinnam była wtedy dopytać. Tylko byłam zbyt skołowana. Zresztą nie miałam sprecyzowanego planu. Znakowana ścieżka (tak naprawdę nie wiedzieliśmy gdzie prowadzą znaki) biegła grania, a na grani nie znajdziemy wody. Była jesień, mapa nie pokazywała źródeł. Nie wiedzieliśmy na co możemy liczyć. Inna droga, która też nas kusiła przekraczała szereg równoległych grzbietów. Tego dnia jeszcze nie zdawaliśmy sobie sprawy jakie to ciężkie, jak dużo tu stromych podejść i zejść, bez ścieżek męczących i trudnych. Beztrosko kontynuowaliśmy marsz tą konną ścieżką, oddalając się łukiem od drugiej grani, tej właściwej. Zorientowaliśmy się na widokowej górce. Mgła odpłynęła. Było popołudnie. Mogliśmy oczywiście wrócić, stracilibyśmy najwyżej pół godziny, ale jakoś nam się bardzo nie chciało. Gdyby zejść (przyznam nie liczyliśmy poziomic), gdyby podejść i znów jeszcze raz zejść, zobaczylibyśmy kilka dzikich dolin, według mapy pełnych opuszczonych wsi. Bezpieczne noclegi pod dachem kusiły, więc poszliśmy. Nie wiedzieliśmy, że po wsiach nie został już nawet cień. Że domy znikły, że powysychały źródła. Beztrosko zeszliśmy kilkaset metrów, minęliśmy pasterski domek, a potem się zgubiliśmy. Wiedzieliśmy oczywiście gdzie jesteśmy, ale dolina była na dole tak podcięta, że za nic nie umieliśmy zejść. Wysoki Kaukaz był dla nas bardzo nowy. Nie spodziewaliśmy się aż takich stromizn, tak wąskich dolin, takiej dziczy. Nie podejrzewaliśmy też tylu kłopotów z wodą. Źródło było jedynym plusem naszych poszukiwań zejścia. Napiliśmy się, spojrzeliśmy w górę i zobaczyliśmy ludzi na koniach. Na widok panów spokojne dotąd psy ożyły i zmieniły się w prawdziwe bestie. Utknęliśmy uwięzieni przy szałasach. Chłopcy, którzy minęli nas wcześniej konno wrócili i mieli sporo roboty. Zganianie krów zajęło czas aż do zmroku, więc (z braku innych pomysłów) rozbiliśmy namiot. Wieczorem pogadaliśmy trochę. Jeden z pasterzy mieszkał w Pankisi, drugi-kuzyn w Czeczenii. Miał 18 lat mówił trochę po angielsku i oczywiście bardzo dobrze po rosyjsku. Opowiadał, że rodzice wyjechali z Gruzji w czasie czeczeńskiej wojny. Mieszka w mieście, chodzi tam do szkoły, latem pomaga rodzinie w Gruzji. -U nas w Rosji mamy łatwiejsze życie, jak skończę szkołę na pewno dostanę pracę. Tu, pewnie wiesz, ludzie po uniwersytetach i  w domach siedzą, krowy pasą. Niezręcznie było rozmawiać o polityce, więc tylko skinęłam głową. -Posiedzimy jeszcze 10 dni potem zapowiadają załamanie pogody, przyjdzie śnieg. Wy też musicie uciekać. Ludzie zejdą. Przyjdą zwierzęta… W ciemności w szałasie otoczonym przez wrogie psy brzmiało złowrogo.

-Śnieg, każdego dnia po 20-30 centymetrów. Jak po tym pójdziecie? Chłopak świecił nam w oczy latarką tak długo aż przyznałam, że nie pójdziemy. Nie w kopnym śniegu.

Share