Gruzja jesienią cz5- pasterze

Za schronem dolina zwęziła się, a rzeka wbiła się w kanion. Zanim w nim utknęliśmy minęliśmy pasterski szałas. -Popatrz co się stało tym owcom?- zdechły? Zastanawialiśmy się beztrosko obserwując zwierzęta leżące w trawach. Tyłem do nas. I nagle „zdechłe owce” poderwały się z nadgorliwym jazgotem i zmartwieliśmy. Otoczyło nas 8 owczarków. Wściekłych! Jak mogliśmy je tak grubiańsko obudzić! Pasterz, który nas uratował też wyglądał na wyrwanego z drzemki. -Zanim podejdziecie do pasterzy zawsze wołajcie z daleka. Zabiorą psy- pouczyło nas po angielsku dwóch jeźdźców, też pasterzy -A co jak spotkamy niedźwiedzia- chciałam wiedzieć, bo wokół było pełno śladów. -A tego to i my sami nie wiemy, mamy broń. Na psy też mamy paralizatory. Tak bezpieczniej. Hmm… popatrzeliśmy na siebie bezradnie. Mieliśmy zamiar kupić chociaż petardy, ale zapomnieliśmy. No nic, może następnym razem…

Rzeka wiła się, lasy złociły, trawy falowały. Wszystko było na swoim miejscu tylko my z lenistwa, beztroski zamiast trzymać się grubszej wersji ścieżki weszliśmy w koryto rzeki, a potem w kanion. Jose jakiś czas utrzymał się na trawiastym trawersie, ja odpuściłam zmieniłam buty, weszłam w nurt. Przy brzegu był płytki, niegroźny. Za chwilkę już oboje szliśmy wodą, czasem głęboką, bo wygodniej było na drugiej stronie. Przeszliśmy rzekę chyba z kilkanaście razy po śladach końskich kopyt. Dwukrotnie myśleliśmy, że to już koniec, siedliśmy założyliśmy buty, ale skąd. Za chwilkę trzeba było je zdjąć. Koło południa znów odezwał się jazgot psów, ale z daleka. Widzieliśmy je na skałach, wysoko, nerwowe, wkurzone, zbiegały już kiedy pasterz je odwołał. Uff… odetchnęliśmy i zaraz znów zamarliśmy. Dach, dym więc na pewno też psy. –Hello, gamardżoba, zdrastwujtie, hello… Krzyczał Jose, od wieczoru u czeczeńskich pasterzy nastawiony wyjątkowo podejrzliwie do psów. Wtedy, nocą jeden go o mało nie ugryzł, niemal otarł się zębami o udo. – Zdrastwujtie– usłyszeliśmy- chodźcie tędy. Mężczyzna przeprowadził nas bezpiecznie przez szałas. Krzyknął na psa, rozczarowanego, że nie wolno gryźć.- Chcecie kawy?- Jasne, że chcieliśmy! Była druga. Zagadaliśmy się i zostaliśmy na noc. Niko nas zaprosił, niemal w chwili kiedy Jose poprosił żeby o to spytać.

-Afganistan- wyjaśnił kiedy spojrzałam na numer wytatuowany na nadgarstku. Straszna wojna. Nie będę o tym opowiadać. W kociołku zagotowała się kawa. –Biez sachara- powiedział poprawnie Jose. Młodszy mężczyzna, który mówił tylko po gruzińsku i chłopiec, który nie chciał chodzić do szkoły cięli drewno motorową piłą -Gdyby był mój dostałby w tyłek i by się uczył- skomentował to Niko, ale nie chce, nie idzie mu, chce być pasterzem. Jutro musimy zawieźć na dół ser. Worki, każdy ważący po 40 kg leżały w zadaszonym pomieszczeniu. Było ich kilkanaście.

-Musimy się przygotować do drogi. Podkuć konia. Upiec chleb. Niko opowiadał i krzątał się po kuchni. Okopconej, zbitej z brzozowych pni nakrytej, jak wszędzie plandeką. Solidnej i zorganizowanej. Palenisko z kilku kamieni postawiono na samym środku. Drugi pasterz rozniecił ogień dmuchając w metalową rurkę. Dym wirował, szukał sobie ujścia bokami. Kiedy zagotowała się kawa, mężczyźni zgarnęli żar z paleniska, zamietli je do czysta, skropili wodą. Niko wyrobił na stole chleb. Placek wylądował na gorącej podłodze, przykryty miednicą i przysypany gorącym żarem. Wyrósł pięknie.

Podkucie konia zajęło chyba z godzinę. W międzyczasie Lasha pogalopował do sąsiadów po nóż. Wieczorem odjechał gdzieś z młodszym mężczyzną. Niko też nas zostawił. Wrócił pijany. -Poszedłem po herbatę- tłumaczył- powiedziałam, że mamy gości, ale mi skurczybyki nie dali. -Mam herbatę- uspokoiłam go. Ściemniało się. Niko chwiał się, nie mógł rozpalić ognia. -Siostra, nie gniewaj się, załatwisz wizę? Nie dla mnie tylko dla bratanka. 29 lat ma i chce świat zobaczyć. Ja nie chcę już dużo widziałem, dobrze mi tu. Pracowałem w Grecji 5 lat, mówię po grecku…Słyszysz ?- słyszałam, ale zbełtany przez alkohol rosyjski, zmieszany z greką, podbarwiony gruzińskim stawał się coraz mniej zrozumiały. Niko powiesił nad ogniem gar fasoli. Poczęstował Jose. I zaraz odszedł odwołany przez czwartego pasterza, który wrócił, już po ciemku z owcami. Lasha też wrócił i siadł do skręcania papierosów. W skupieniu, pracowicie zawijał w papierki tytoń i ziele, które wcześniej suszył na patelni. -Hihi- haha-mrugnął do Jose. Pasterze zjedli, my dopiliśmy herbatę. Dym gryzł w oczy, prawie nic nie widziałam. -Zawołasz psy?- pokazałam na migi, bo chłopak, który przyszedł ostatni nie znał rosyjskiego. -Jasne. Chłopak wstał. Papierek, na którym zapisałam swój telefon zawirował i spadł na klepisko. Nad doliną prężyła się Droga Mleczna. Namiot szeleścił. Było bardzo zimno.

Share

Gruzja jesienią cz4-zejście do Tuszetii

Czapka na oczach, podciągam, przez namiot sączy się światło. Szarość, błękit, chrupot zamarzniętego tropiku. Kałuża lekko przymarzła, ale nasza woda, zamknięta na zapas w butelkach nie. Buty też miękkie. Cieszymy się, gotujemy owsiankę. Niebo bezchmurne. Na szczytach odrobina śniegu. I nagle słońce tuż na wprost nas. Gorące.

Dopiero po dwóch godzinach dotarliśmy do miejsca gdzie mapa zapowiadała większą rzekę. Przy strumieniu opuszczony pasterski namiot, zielona trawa. Nie poszliśmy tam. Ścieżka opadła więc zeszliśmy i usiedliśmy nad wodą dużo niżej, przy brodzie łączącym płaty starego śniegu. W cieniu, który znikł po kilku minutach. W połowie bardzo długiego zejścia. Dno doliny, ciasnej jak wszystkie, które dotąd widzieliśmy pozarastały klony, teraz jadowicie złote, owocujące róże, gąszcz suchych traw, ostatnie kwiaty. Szliśmy trawersem, kilkaset metrów w górę doliny do brodu. W cieniu, wzdłuż rzeki. Alazani, ta sama, nad którą już raz spaliśmy (na kempingu) była szybka, lodowata. Wciśnięta pomiędzy wygładzone skały. Wiało tam jak w aerodynamicznym tunelu. Mroziło, chociaż tak blisko był upał. Nabraliśmy wody i ruszyliśmy w górę po zboczu. Poszłam pierwsza, głupio wbiłam się w bardzo strome i wracając, bo to nie była dobra droga uraziłam sobie mocno kolano. W upale, w zaduchu spróbowałam jeszcze raz i teraz lepiej. Dało się iść. Trawers, który widzieliśmy z góry, zakos, wyschnięte chaszcze- czyli kaukaska łąka. Wysoka na jakieś 3 metry, kolczasta, nie do przebycia.- Jose!- Jose- krzyczałam, myśląc, że się zgubiliśmy. Jose nie słyszał mnie, ale zaczekał. Szliśmy potem razem. To z tysiąc metrów podejścia po trawach, czasem po osypisku, po piargach. Bez wody. Czym wyżej tym bliżej gromadzących się na grani chmur, potem w chmurach. Na siodle ścieżka znikła. Na wprost nas wynurzył się ośnieżony szczyt. Piękny. Zeszliśmy urwiskiem i trawami według mapy. W złotym świetle, które na koniec zmatowiało i znikło. Zbyt szybko. Zanim Jose zmienił buty na sandały i przeszedł bród. Nie było trudno, schodząc widzieliśmy jak to robią krowy. W dolinie było ich pełno. widzieliśmy też owce, konie, dymiący wieczorem pasterski szałas i psy. Z ich powodu nie zbliżyliśmy się bardzo do ludzi. Nie czekając na Jose przebiegłam rzekę i wyszukałam miejsce pod namiot. Wygodne, kiedyś obozowali tu pasterze. Zostało po nich kilka okopconych kamieni, resztki foliowego namiotu i niska trawka, na której rozbiliśmy się już w ciemności. Niezwykłej. Noc bezksiężycowa. W promieniu kilkudziesięciu kilometrów żadnych świateł, niebo bezchmurne, nawet bez samolotów. I Droga Mleczna, jakiej jeszcze nie widziałam. Wyraźna, kolorowa z milionami nieznanych mi gwiazd. Obłokami kosmicznej materii. Troszkę przerażająca.

Padliśmy i obudziliśmy się nagle. Chwilę przed świtem. Coś parskało -Niedźwiedź?- Ty wyjrzyj- nie lepiej ty, masz bliżej- Koń, tylko chciał nas sobie z bliska obejrzeć. Zanim się zebraliśmy obejrzało nas sobie stado krów, niektóre nawet próbowały polizać, podgryźć namiot. Były młode, było ich całe mnóstwo, może kilkaset. Bez pasterzy i bez żadnych psów przeszły rzekę i poszły skubać trawę gdzieś wyżej. Pasterski szałas dymił. Niemal czuliśmy zapach świeżej kawy przechodząc obok. Kilka kilometrów niżej trafiliśmy na schron dla turystów. Drewniany, pewnie bardzo wygodny. Nasza mapa wspominała o nim w opisie, ale nie pokazywała niestety gdzie leży. Może gdybyśmy wiedzieli, że tu udałoby nam się dotrzeć przed nocą? Teraz tylko obejrzeliśmy pokoje (2 wygodne, pełne drewnianych prycz) i zabraliśmy zostawione przez kogoś śmieci deliberując jakiej był narodowości. Wydawało nam się, że chyba Szwed? Gruzińskie piwo, tuńczyk, słodycze i reklamówka ze skandynawskimi napisami wszystko to wciśnięte pod podest. Fe.

Był też bonus, butla z resztką gazu. Propan- odczytaliśmy napis po rosyjsku. Zabraliśmy ją, bo nasza, kupiona u Georgian Busa zdążyła się już zużyć do połowy, a minęło przecież tylko kilka dni. Był w niej sam butan, więc może dlatego.

Share