W ciągu dwóch ostatnich lat pochłonęły mnie zmiany w ogrodzie. Zmiany, na które nie miałam wpływu (bo wynikły w związku z budową u sąsiadów), starzenie się moich roślin zielnych i drzew, erozja gleby (niewidoczna, ale nieubłagana, nie nawoziłam przez lata, a piach daje się łatwo wypłukać, zwłaszcza że poobsuwały się skarpy). Klimat, już nie wilgotny i deszczowy, jak kiedyś, ale nieprzewidywalny z miesiącami upałów i susz. I zmiany, o których sama zdecydowałam. Nie wiem dobrze czy źle. Traktuję swój ogród jak ekosystem, jak żywy organizm i wpływając na niego, czasem w bardzo inwazyjny sposób (np naprawa skarp) biłam się z myślami czy nie zaszkodzę. Jakbym przeprowadzała operację na otwartym sercu… Wiem, że to brzmi dziwnie, ale tak to czułam. Starałam się niczego nie zniszczyć świadoma, że to się nie uda i pełna nadziei, że rany zarosną i nie zostaną po nich widoczne blizny.
Brakowało mi kwiatów, kolorów, a że pojawiły się bardziej słoneczne miejsca zdecydowałam się wprowadzić do ogrodu róże. Najpierw stare odmiany, bo takie rosły u mnie szczęśliwie od lat i niczego ode mnie nie chciały. Do 3, które przetrwały w naszej okolicy od wojny dołączyły powtarzające kwitnienie historyczne: Stanwell Perpetual, Reine des Violettes, Zephrine Droughin, Cecilie Bruner, Baltimore Belle i niedawno dokupiona Madame Boll.
Posadziłam też 4 róże New Dawn- jedne z najstarszych nadal uprawianych odmian pnących, jedyne z róż nowoczesnych, które mi się udały w Załomiu. W 2030 roku ta odmiana skończy 100 lat! Sadzonki ukorzeniłam sama i nadal jakoś bardzo szybko nie rosną, choć już przekroczyły metr. Wsadziłam też niewiele młodszego Mozarta (Lambert 1937rok), The Fairy (z 1932 roku), Gislaine de Feilgonde (z 1916 roku), ogromnie popularną już ponad 40 letnią krzaczastą różę Bonica i jej siostrę (z 1997 roku) Aspirin Rose obie to córeczki New Dawn. Ponieważ mam sporo dużych drzew i żadnych w pełni słonecznych miejsc, miesiącami przeszukiwałam internet licząc na opinie właścicieli innych ciemnych ogrodów. Cień nie był zresztą moim jedynym problemem, róże nie przepadają za piachem, a niemal wszystkie instrukcje ich uprawy naciskają na regularne podlewanie. A ja podlewam tylko w pierwszym roku… Nie przycinam, nie pryskam i nie nawożę. Nie usypuję kopczyków na zimę. Niespecjalnie mam ochotę ogławiać. Jedyne co być może zrobię to sypnę co jakiś czas garść obornika, lub zgarnę pod różę kocią kupę. Koty z całej ulicy uparły się je u mnie robić. I za co jestem im wdzięczna zostawiają je na wierzchu niczego mi nie rozkopując.
Po 5 latach udało mi się utrzymać przy życiu około 100 róż. Większość to okrywowe czy miniatury, krzaczki do pół łydki, które porastają mój najstarszy skalny ogródek, po latach tak wyjałowiony, że pousychały nawet rojniki. Naprawiłam spadki, dosypałam kompostu i odbudowałam mają górską łączkę na nowo. Róże, które mają głębokie korzonki powodują, że wszystko to razem jakoś się trzyma. Nie mam wyszukanych odmian, najłatwiejsze okazały się te używane w zieleni miejskiej zwłaszcza serie Drift i Easy Elegance, odporne na suszę są też niektóre mieszańce hultemii (strasznie kolczate!). Reszta, poza kilkoma większymi krzakami to pnące, nadal je dokupuję, bo niestety uprawa róż uzależnia. Niektóre ukorzeniam z gałązek, inne ratuję z balotów sprzedawanych za grosze w marketach. Trafiłam tak na kilka bardzo ciekawych, np Cinque de Majo w szalonych ceglastych odcieniach, które potrafią przekwitając zbliżyć się do fioletu. Przypuszczam, że mam 3 róże Austina, z których tylko jednej się u mnie podoba. Kilka lat temu w losowaniu jakim jest zakup roślin w markecie zdobyłam dwie Demokracie Jana Böhma z 1935 roku. Wyhodowałam też własną siewkę.
Szukając róż odpornych na piach i cień kupiłam kilka prawie dzikich. Pełne odmiany róży alpejskiej i róży kasztanowej, które ponoć powtarzają kwitnienie późnym latem, kilka bliskich krewniaczek rugosy (Teresę i Luizę Bugnet, Williama Buffina), mam ogromnego ramblera Lykefund (ależ on ma pyszne owoce!) i Darlows Enigmę. Mam też kilka krewniaczek róży szkockiej, w tym czystą odmianę (w donicy, bo się rozłazi po ogrodzie jak perz) znalazłam też nowoczesne odmiany podobne nieco do historycznych, z tym że powtarzające kwitnienie. Choć wybierałam świadomie i o każdej roślince czytałam nie wszystkie są tak zdrowe jak zapewnia internet. Najbardziej chorowity okazał się kardynał (Cardinal Hume) każdej jesieni zaraza zwana czarną plamistością pozbawia go większości liści, druga z kolei niestety jest demokracja (Demokracie inaczej Blaze Superior). Gdyby nie to, że mam je już kilka lat i wiem, że na wiosnę pięknie zakwitną powycinałabym teraz ich łyse łodygi, a kardynała może bym i wykopała…
Zmiany w starym ogrodzie to proces. Musiałam sobie wszystko na nowo poukładać. Wiem już, że lubię rośliny podobne do dzikich (ale mniejsze i mniej agresywne). Róże o pustych lub półpełnych kwiatach, cienkich, mało kolczastych pędach, których nie trzeba co roku przycinać. Lubię jak się bujają na wietrze wtopione w inne półdzikie kwiatki. W Szczecinie mamy bardzo łagodne zimy, według nowej amerykańskiej mapy stref klimatycznych jesteśmy już prawie w strefie 8a. Wiele róż wcale nie traci tu liści. Są takie, które kwitną do wiosny. To, oprócz odporności na suszę i bardzo długich korzeni (a wody gruntowe blisko!) kolejny powód, dla którego je sadzę. W ciemne zimowe wieczory światło pięknie ściele się na błyszczących liściach i ogród nie wydaje się smutny i łysy.
Nie mam oszałamiających sukcesów. Pierwsze czerwcowe kwitnienie z reguły jest dużo lepsze niż powtórka latem, niektóre róże wcale nie powtarzają. Albo nie powtarzają w pierwszych latach. Z utęsknieniem czekam na moment kiedy krzak stanie się na tyle silny, że nie trzeba będzie już się o niego troszczyć. W suchym piachu róże rosną wolniutko, ostrożnie jakby bały się przeinwestować i zostawić świeże przyrosty bez pokarmu czy wody. Aspiryna dotknęła korzonkami wód gruntowych po 4 latach i nagle z róży okrywowej w jednym sezonie wyrósł mi 2,5 metrowy krzak, podobnie zareagowała Gizelka. Fajnie obserwować jak rośliny dorastają. Jak rozwijają się i umacniają kolejne piętra mojego „lasu”. Staram się nie ingerować w to co zdrowe, co żyje, choć nie oparłam się pokusie dosadzania roślin cebulowych. Z czasem niektóre zaczęły się mocno rozrastać, pomimo tego, że teoretycznie nic na to nie wskazywało. Trochę tak jakby ogród sam wybierał co chce, co go wzbogaci i nie spowoduje kłopotów. O dziwo wolał pospolite tulipany z wyprzedaży, a nie wyszukane botaniczne odmiany… Cóż. Jedną na szczęście polubił :)
Moimi najtwardszymi bylinami pozostały irysy. W tym roku na raz zakwitło 270 pędów, a że każdy miał po kilka kwiatów w maju ogród wyglądał jak z bajki. Z końcem czerwca kwitną dzwonki poszarskiego, ekspansywna zimozielona roślinka, którą strasznie mi żal wyrzucić (ma piękne niebieskie kwiatki i żadnych wymagań), a chyba trzeba będzie ją ograniczyć zanim zarośnie wszystko. Mam dużo bodziszków i rodzime: marzankę wonną i barwinek (też dość ekspansywny), fiołki wonne, wilczomlecz sosnkę, białą koniczynę i stokrotki. Mam stare chwasty, bukwica, jaskry, bodziszek cuchnący i skrzyp są ze mną od początku, lubimy się. Ostatnio bardzo przybyło mniszka. Mam łączki z rozchodników, resztki goździków, dużo bergenii. Mam kilka znalezionych na śmietniku piwonii i samosiewne fioletowe floksy, które wędrują po ogrodzie szukając bardziej słonecznych miejsc. Sieje się też wieczornik damski, dziewanna i maki, i wysokie srebrzyste osty o pięknych liliowych kwiatach. Sieją się firletki. Nigdzie nie ma u mnie gołej gleby, więc nasiona walczą o każde miejsce, najlepiej wschodzą w szczelinach między kamieniami.
Mój ogród ma już 37 lat i jeśli chcę zachować jego piętrowy charakter i bujne leśne poszycie muszę ograniczać cień. Przycinam najbardziej rozbuchane krzewy, podcinam dolne gałęzie drzew. Upinam bluszcz na powierzchniach pionowych, żeby znów mi nie uciekł i nie pozabijał mniejszych roślinek. Z uzyskanych z wycinek gałęzi uplotłam płot. Wiosną wylazła z niego armia biedronek i przez całe lato nie widziałam większego skupiska mszyc. W ogrodzie codziennie bywają jeże, zostawiłam im na zimę dwie kupy chrustu. Dzisiaj obserwowałam wiewiórkę. Biegała po drzewach i łamała patyczki, obskubywała z pnia pasemka kory. Piłam kawę powolutku, bojąc się ruszyć, ale nawet na mnie nie spojrzała, zajęta sobą. Może budowała gniazdo?
Wybaczcie, że nie na temat, bo nie o chodzeniu i nie o górach. Ogród pozwala mi wiązać moje miejskie życie z naturą. I za to jestem mu ogromnie wdzięczna.
Zajrzałam teraz do tych ogrodowych zdjęć żeby nie zwątpić, że kiedyś było lato. I zapewne kiedyś znowu będzie. Tak tu teraz zimno i ciemno, zwłaszcza w porównaniu z Chile. Minęły już prawie 2 tygodnie, odkąd wróciłam, a nadal nie mogę się przyzwyczaić…
PS (15/12/25): Kardynała przygięłam rano do ziemi, to sposób prowadzenia róż zwany kulkowaniem (przydają się stare szpilki od namiotu), spokorniał i taki bardziej mi się podoba, Demokracja wcale nie wygląda tak źle, dałam jej nowy kompost, podkarmię ją jeszcze wiosną, latem podleję, może sama sobie poradzi z zarazą?
























































