Picos d’Europa San Esteban-Oceno

Świt wstał podobnie mglisty jak wieczór. Prognoza pogody była piękna więc siedząc w malowniczej wilgoci miałam świadomość, że dotknął mnie pech- w mojej dolinie utknęła chmura. Słońce pewnie było gdzieś blisko, może na grani, więc nie martwiłam się, że moknę. Podejście jest łagodne, spokojne, po ścieżce. Mgła zachowywała się pięknie. Było ciepło. Idąc zastanawiałam się czy mój niewygodny nocleg (na nierównym) miał jakikolwiek sens. Czy ktoś w nocy użył przejścia, czy też mogłam je spokojnie zastawić? Początkowo nie było śladów (bo kamieniście), potem w błocie pojawiło się mnóstwo psich łap. Musiało tędy przejść całe stado… deliberowałam zastanawiając się jak to możliwe, że aż tyle i że tak sobie same tu chodzą… Szły do góry tak jak i ja, pomiędzy ich łapami migał mi czasem fragment większej stopy… czyżby hmm… był też i niedźwiedź? Patrzyłam i patrzyłam, coraz bardziej zła na włóczące się nie wiadomo po co psy. Jak można tak wszystko zadeptać! W końcu udało się. W krowim placku odbiła się cała stopa, młody, nieduży miś. Przez deszcz nie wiedziałam czy to świeży ślad. Bo czy możliwe żeby nocą panował tu aż taki tłok? Krowa… niedźwiedź, tyle psów? Jak ja to wszystko przespałam!

Po południu, już na grani spotkałam pasterza ze stadem kóz – Nie boisz się tak chodzić sama?- zapytał po chwili wyjaśniając mi jak dalej iść. – Nie jest bezpiecznie. Mamy mnóstwo wilków… Wilki! Natychmiast pożałowałam, że się na nie złościłam. Jaka szkoda, że szły cichutko i nawet mnie nie obudziły -pomyślałam wyjątkowo głupio.

Idąc za radą pasterza zeszłam na noc od Oceno. Przy kościele była tam spora wiata, spokojnie zmieścił się namiot. Gdybym o niej nie wiedziała, nie zauważyłabym i chyba krępowałabym się spać blisko wsi. Teraz czułam się bardzo bezpiecznie. Zaproszono mnie, nie byłam obcym i na dodatek nie było tu żadnych zwierząt.

Picos d’Europa Tresviso- San Esteban

Tresviso wspominam z sentymentem. Poza świetnym serkiem trafiłam tam na przyjazny bar i wspaniałą alberge. Klucze do tego przybytku odbiera się u pana w barze, nocleg kosztuje tylko 6 Euro. Jest ciepła woda i mnóstwo kaloryferów, było też trochę pozostawionego przez poprzedników jedzenia i kilka kilogramów kawy. Piekarnik, mikrofalówka, ekspres, miękkie łóżka, śliczne łazienki, drewniane meble. Prawdziwy luksus. Wieczór w barze też był bardzo przyjemny. Tresviso leży wysoko (850 m npm) w Cantabrii- ale jedyny dojazd prowadzi z Asturii. Picos d’Europa to śnieżne góry i każda zima stanowi wyzwanie. W barze zgromadzono roczniki fotoksiążek, dokumentujące kolejne sezony. Amatorskie zdjęcia robione przez mieszkańców autentyczne i bardzo ciekawe. Wiązki bułek opuszczane na linie z helikoptera- kiedy przez długi czas nie udało się odśnieżyć drogi. Akcja sprowadzania zaskoczonego przez zamieć owczego stada, śnieżne tunele, zaspy. Codzienne życie. Są też książki o akweduktach i o szlaku do San Esteban, którym poszłam dalej, i który okazał się jedną z najciekawszych wędrówek przez Picos.

To stara ścieżka pasterzy, oznakowana i w najtrudniejszych miejscach ubezpieczona łańcuchami (przydatnymi, bo tam stromo i ślisko). Powietrzna, niewydeptana z mnóstwem pięknych widoków. Bardzo mi się podobała pomimo deszczu i mgły. Po labiryncie skalistych grani schodzi się do lasu- jesienią bajecznie kolorowego, a dalej do San Esteban- małej spokojnej wsi. Była tam wygodna wiata, ale krępowałam się ją wykorzystać. Wyszłam dalej, jeszcze z godzinę ponad zabudowania i rozbiłam namiot przy ujęciu wody. Następna szansa była dopiero 2 godziny wyżej i nie chciało mi się iść aż tak długo przez mrok i deszcz. Nie lubię chodzić nocą po lesie. Miejsca na namiot było tam bardzo malutko wcisnęłam się pomiędzy zbocze i ścieżkę zostawiając przejście. Nie wiem czemu, przecież nie spodziewałam się ludzi… Pomyślałam, że może będą chciały przejść jakieś zwierzęta…

Deszcz stukał w namiot przez całą noc, było bardzo wilgotno. Kręcąc się na niezbyt płaskim i niezbyt wygodnym podłożu niechcący przyklejałam się do ociekającego tropiku mocząc śpiwór. Żałowałam, że nie zabrałam sypialni. Zimowe noce są  długie. Wstałam przed świtem.  W San Esteban świeciły sodowe lampy. Przyglądając się zmieniającemu się światłu i falującej nad doliną mgle ugotowałam kasztany zebrane w lesie poprzedniego dnia. Znalazłam też kilka włoskich orzechów- poza tym miałam już tylko herbatę, warzywa i ser. Nie było gdzie dokupić płatków.