Restauracja jest nieczynna i ta na mapie i kilka kolejnych. Pusto, może bo poniedziałek i park zamknięty. Idziemy wzdłuż potężnego ogrodzenia coraz mniej zadowoleni aż do przystanku autobusowego. To już zdecydowanie za daleko skręt na ścieżkę, która ma nas prowadzić do Armerillo musi być wcześniej. Trudno to dokładnie ustalić na mapie w skali 1:100000, trudno cokolwiek znaleźć we wsi pełnej wysokich płotów. -Tutaj?- zerkam na Jose i wchodzimy na ogrodzony teren. Droga prowadzi do kolejnej bramy. „Parque Pedras Blancas” czytam na ogrodzeniu. Z budki wyskakuje strażnik i identyczna starsza kobieta, jak ta, która nas przed chwilką wypuściła z Altos de Lircay. Czuję dreszcz, to jak deja vu. Na ścianie wisi cennik, Jose od razu sięga po portfel. Chcemy tylko przejść na grań. Tam zaczyna się kolejny prywatny park (Parque Natural Trihacue), zapewne przejście nim też będzie płatne, ale tym mamy zamiar martwić się potem. Wszystko to razem nie przekracza w linii prostej 6 km. Chcę już to mieć za sobą. Jak najszybciej. Regulacje, strażnicy i płoty denerwują mnie. Nie tak zapamiętałam Chile. Nie tak było tu 8 lat temu. Kręcę się nerwowo. Jose rozmawia. Długo, grzecznie. Kobieta też jest uprzejma, ale coś musi być nie tak.-Przetłumaczysz?- wymuszam w końcu. – Nie puści nas. Szlak prowadzi tylko na punkt widokowy, a tam też nie wolno wejść z dużym plecakiem- dlaczego? – myślą, że chcemy tu biwakować.
Wtrącam się, kobieta rozumie piąte przez dziesiąte, Jose tłumaczy. Jest wcześnie, dziennie przechodzimy ponad 20 km do popołudnia będziemy po drugiej stronie. Kobiety to nie interesuje, ani to, ani nasz plan żeby wędrować na południe przez Andy. -Nie wpuszczamy nikogo z plecakiem. Turyści biwakują, zostawiają śmieci, nie obchodzi mnie, że jesteście z Europy. To teren prywatny, pojedźcie sobie autobusem wokół.
Chwilkę się naradzamy na boku, kobieta patrzy i być może rozumie. -Jeśli wejdziecie i nie wyjdziecie tą sama drogą zgłosimy to na policję, zaczną was szukać i wystawią za to rachunek.
-Chcemy tylko przejść- powtarzam, ale to nic nie daje. Chętnie powiedziałabym babie coś niemiłego. W myślach życzę jej żeby spotkało ją podobne doświadczenie. Może ktoś zabroniłby jej wejść, bo jest brzydka? Jak można dyskryminować kogoś za plecak! Jak miałabym go zostawić i po co?
Tylko tego by nie zrozumiała, a Jose by nie przetłumaczył. Odchodzimy jak niepyszni. Przystanek jest początkowo pusty. Nigdzie nie ma wody i toalety (poza miejscem za wiatką, trudno). Tuż przed planowanym przyjazdem autobusu pojawia się mężczyzną z plecakiem zarzuconym lekko na jedno ramię. Był tu w letnim domku znajomych, przyjaźni się z dyrektorem CONAFu. Nasz opowieść o strażnikach i bramach go wciąga. Dzwoni, choć proszę żeby odpuścił, CONAF nie zrobił nam przecież nic złego, tylko spisali Jose. Dyrektor mówi, że w tym nie pomoże. To teren prywatny, park utworzono 2 lata temu, baba jest córką właściciela ziemi i jak ona nie pozwoliła to nic już się z tym nie da zrobić. – I pomyślcie, że to organizacja non profit- mówi mężczyzna- utworzona żeby chronić przyrodę!
Jose zdejmuje kapelusz, na czole ma czerwone kropeczki- opiekłeś się- mówię- pas z dziurkami (dla wentylacji) nie zasłania wszystkiego. To decyduje, że zamiast wysiąść na skrzyżowaniu i łapać stopa do Armerillo jedziemy do San Clemente. Po kapelusz i przy okazji po lepsze zakupy. Ważne, bo przed nami długi odcinek bez sklepu. O ile tym razem się uda.
Miasteczko jest małe. Z trudem znajdujemy restaurację, kolejne pytane osoby mówią, że wcale jej nie ma. Obiad kosztuje tyle, ile darował nam park. To miłe miejsce, udaje się naładować baterie i nawet dyskretnie umyć włosy (moje rzecz jasna). Supermarket jest niedaleko i wychodzimy do niego kolejno żeby nie nosić plecaków. Zabawne jak różne rzeczy przynosimy. Ja wracam z owsianką, soczewicą, ryżowymi cylindrami, orzeszkami ziemnymi i rodzynkami. Jose z suszonym mięsem. Kupił go chyba z kilogram (mi wystarczyło 150g) a i tak okazało się, że za mało. Już nigdzie więcej go nie spotkaliśmy. Wyglądało jak papier toaletowy, ale smakowało jak wołowina.
Autobusu nie ma. Rozkładu jazdy też nie. Czekamy godzinę, potem drugą. W końcu mnie to niecierpliwi i zaczynam machać na samochody. Nikt nie staje. Poza Carabineros de Chile… Nie zauważyłam jak nadjeżdżali opuściłam rękę zbyt późno, na współtowarzyszy niedoli (na przystanku jest tłok) pada blady strach. Jose też się nie cieszy. – Przepraszam nie wiecie może, o której przyjedzie autobus do Armerillo?- wypalam z najpiękniejszym uśmiechem (po angielsku). Policjantka ma na imię Magda. -Magdalena?-pyta Jose- Nie Magda-uśmiecha się. Jej towarzysz grzebie w Internecie (i nie znajduje tam rozkładu jazdy) ona daje się sfotografować. Ma długaśne mocno wytuszowane rzęsy. Jest miło, przyjemna rozmowa o niczym. Jak powie mi później Jose, w ramach ocieplania wizerunku policji. Macham kiedy odjeżdżają.
-O wpół do piątej- pokazuje mi na smartfonie starsza pani- albo może wtedy wyjedzie z Talca?
Ledwo się do tego autobusu wpychamy i wysiadamy ostatni. Przed nami zerwany most. Wracamy zdezorientowani, a kierowca macha żeby iść.- Nie jest aż tak bardzo zerwany.
Patrzy jak odchodzimy jak zsuwamy się po bardzo stromej glinie. Z naprzeciwka nadchodzi dwóch mężczyzn. Młodszy jest czarny i to pierwsza nie biała osoba, jaką spotykamy w Chile.
Starszy z mężczyzn zabiera nas potem z szutrówki, która prowadzi do głównej szosy. Jedziemy z nim aż do La Suiza i zostajemy na jego ziemi na noc. Ma tam chatki dla znajomych i otwiera dla nas toaletę. Stawiamy namioty przy piknikowych stolikach pod wielkimi drzewami nad rzeką. Widać stamtąd ośnieżone zbocza, po których wędrowaliśmy w Altos de Lircay. Choć raczej nie te same, jakieś bliższe.
W korycie rzeki utknął budynek, wywrócony przez wodę. Nad grzbietem, który mamy zamiar pokonać zachodzi słońce. Maximo żegna nas rano i zamyka za nami bramę. Na wspomnienie strażników i zakazów mówi- otworzyli ramiona i przyjęli turystów, a oni pozostawiali śmieci, palili ogień, rozdeptywali rośliny to co się dziwić.
Może ma rację. Kolejny raz walczę z myślą co ja bym zrobiła gdyby los podarował mi dolinę w Andach. Czy nie zachowała bym jej dla siebie? Byłaby bezpieczna… – To niesprawiedliwe, że ktoś dysponuje ziemią- przerywa moje rozważania Jose- Ziemia powinna być wspólna, a karać trzeba tych co śmiecą, nie wszystkich.
Sklepik w La Suiza jest zamknięty, podobnie każdy inny dalej na szosie. Wbrew temu co widzi google map, są tam pola namiotowe i bary, z tym że wszystko to pozamykane. Nie sezon. Samochodów mało, przechodzimy z 10 km zanim się ktoś zatrzyma. Mężczyzna jedzie do letniego domku. Ze zdziwieniem odkrywamy że to nam bardzo po drodze. I że droga, którą mieliśmy zamiar iść to gruba (choć szutrowa) szosa. Dziwne, bo tak biegnie GPT. Słabo, bo nieciekawa. I dobrze że nie musimy pieszo. Przed nami 170 km gór i nie wiem czy nie trzeba będzie wrócić.
Cesar staje co kilka kilometrów, bo tego wymaga jego samochód, coś się popsuło. Zwiedzamy kapliczkę świętego Sebastiana (czy Salwadora?) oglądamy z daleka dom właściciela doliny, który tę kapliczkę postawił. Skromny zakurzony domek. Żegnamy się przy moście na Rio Mellado, ale kiedy tłumaczymy jak chcemy dalej iść Cesar mówi, że tak się nie da. Za wcześnie, za wysoko, za dużo wody i śniegu. – Zresztą- mówi- podjedźmy zapytać tutejszych. Pytamy pasterzy i dowiadujemy się, że się nie da. Na pewno nie drogą na wprost. -To może jednak spróbujmy tam gdzie początkowo chciałam? -mówię i wracamy do Puente el Latigo.
Ruszamy w górę rzeki, tak, jak prowadzi jeden z wariantów GPT. Niecałe 3 km dalej powinniśmy odbić wzdłuż Estero el Toro, ale zupełnie nie wiemy jak. Ślad z mapy nie pasuje, trzeba by iść po betonowych rurach wywieszonych wysoko nad rzeką, lub może wdrapać się po gołych skałach i jakoś zejść? Jose próbuje bez plecaka i odpuszczamy. Ja się tam na pewno nie wciągnę. To może wodą? Schodzę pod most, ale potok jest wezbrany, nurt spieniony i biały. Wydaje mi się, że jest za głęboko, zbyt silny prąd . Szkoda, bo to park natural, a nie widać ani jednego strażnika. Wracamy. Przechodzimy trzeci raz przy posterunku Carabineros de Chile, Cesar tam zwalniał my tylko zerkamy. Wygląda jakby nikogo nie było. We wsi słyszymy tę sama opowieść. Nie da się. Nie sezon, zima i śnieg. -A gdybyśmy poszli wzdłuż Rio Guaiquivillo i Rio Relbun?- dukam kalecząc nazwy. Nie rozumieją mnie. – Przejdźcie przez most- tu pada nazwa, ale niestety jej nie zapamiętałam, może Ladrillo. -Nie mam tej nazwy na mapie -stresuję się, a mężczyzna prowadzący za uzdę konia tłumaczy tak długo i tak zawile, że się gubię. -Jak daleko?- próbuję, bo może to by mi coś wyjaśniło- nie wiem- mówi- mój koń nie ma licznika.
Idziemy drogą przez cały dzień. To zamieszkana dość ludna okolica. Skromne, może tylko letnie farmy, dużo wspaniale kwitnących róż. W rzece pracują koparki próbując być może przywrócić coś co mapy.cz oznaczyły jako most, a jest groblą wbitą w spieniony nurt. Przerwaną, nie da się przejść. W jednej ze wsi widzimy napis „sprzedaż jajek”. -A gdyby poprosić na twardo?-myślę głośno i Jose dzwoni do drzwi. Długo czekamy. Przefarbowana na blond szczupła kobieta słucha, że na twardo i zaprasza do ogródka. Jose dostaje bułki, kupujemy colę i jest trochę jak w restauracji czy barze. Resztę jajek (sprzedaje się je tu po 12) pakuję do garnuszków na potem. Dolinę nakrywa już cień kiedy mijamy budynki opisane jako SAG (punkt kontroli sanitarnej dla bydła?). „Odtąd do mostu jest 2km” mówił mężczyzna z koniem. Most jest widoczny z daleka, pomalowany na ognisty pomarańcz, nie wiem jak myślał, że moglibyśmy go przegapić. Chwilkę wcześniej szukając źródła znajduję bardzo dobry biwak. Są liczne miejsca po ogniskach i mnóstwo gładkich równych trawek pod namiot. Źródełko wypływa spod skarpy niemal w nurcie Rio Melado. Rzeka odbija pomarańczowe niebo. Na przeciwległym brzegu stoi dom. Wreszcie jest spokój.
Gnębi mnie tylko jedno. 20 km przejechaliśmy 30 przeszliśmy, czyli 120 km dalej leży bród, który niekoniecznie się uda pokonać. Na lotniczych mapach wydaje się potężny, ale jest wiosna, na pewno teraz wygląda gorzej. Jeśli nie przejdziemy będziemy musieli tu wrócić.





























































































