Z nerwów, że nas ktoś nakryje wyszłyśmy wcześnie, musiałam nawet nastawić budzik, w kabinie nie było okna i łatwo było przegapić świt. Nikogo nie spotkałyśmy. Na parkingu nadal stał samotny samochód, być może właściciel wyszedł w góry na dłużej. Nartostrady też były puste. Doskonale ubite, oznakowane. Szybko wdrapałyśmy się ponad las, pojawiły się widoki na morze i niedługo później też na wspaniałe łyse pagóry. Park narodowy Skarvan og Roltdalen. Wiedziałyśmy, że są w nim szlaki i chatki DNT, pogoda była doskonała, wydawało nam się, że nadszedł koniec kłopotów. To był łatwy, spokojny dzień. Dopiero kilka kilometrów przed chatką skończył nam się ubity szlak. Tego odcinka nie wyratrakowano. Natychmiast zapadłyśmy się głęboko. Pulki zatonęły w puchu. Przez jakiś czas szłam pierwsza, ale zmęczyło mnie to i Agnieszka przejęła torowanie. Bardzo się zdziwiłam kiedy zerknęłam w tył i zobaczyłam, że ktoś idzie po naszych śladach. To był starszy mężczyzna z plecakiem. Wdzięczny, że mu ubiłyśmy trasę, mówił że bez nas by tu nie dotarł. Miał wąskie narty i faktycznie pewnie by się mocno zapadł. Zmierzał do chatki i miał zamiar zostać w niej kilka dni. Była dopiero trzecia. I choć wcześniej też miałyśmy zamiar tu zanocować, namówiłam Agnieszkę do pójścia do następnego schronu, choć nic w zasadzie nic o nim nie wiedziałyśmy. Wskazywały go szlakowe znaki, nie należał do DNT i nie było go na naszych mapach. Mógł być słaby, ale zależało mi żeby przejść jeszcze troszkę przed nocą. Nie byłyśmy szybkie. Agnieszka długo się zbierała rano, nie chciała wstawać przed świtem, a zmrok zapadał już o 16. Schroniska DNT stały co kilkanaście kilometrów, jak dotąd jeszcze tyle jednego dnia nie pokonałyśmy. Z chatki do Prestoyhytte byłoby ich tylko 10, czyli w sam raz.
Szlak był oznakowany, czasem widziałam na nim zawiany ślad skutera czy może małego ratraka. Szłyśmy grzbietem, więc zamiast puchatych zasp był lód. Do chatki dotarłyśmy moment przed zmrokiem. Była malutka, zanim ją obejrzała Agnieszka wymiotłam z kątów trochę zasp. Nawiało śniegu przez dziury w podłodze, źle to wróżyło, bo znów czekał nas silny mróz, ale miałyśmy bardzo ciepłe śpiwory i na szczęście było też sporo drewna. Dopiero jak się rozpakowałyśmy odkryłam ogłoszenie na drzwiach. „Chatka dzienna, możecie tu sobie posiedzieć, rozpalić, ogrzać się, ale nie wolno nocować”. No cóż, teraz już było za późno. Rozłożyłyśmy legowiska na podłodze, Agnieszka paliła w piecu, ja przynosiłam w torbie czysty śnieg i nagle okazało się, że jest zorza. Piękna, kolorowa i ruchliwa choć widoczna nisko nad horyzontem. Długo ją obserwowałyśmy.
Noc była zimna, mój materac stracił większość powietrza i nad ranem nieco zmarzłam w nogi. Przed świtem ubrałam się i wyszłam. I żeby się rozgrzać i, bo lubię patrzyć na poranne mgły. Zapowiadał się kolejny piękny dzień. Niebo różowiało, na drzewach narastała szadź. Odeszłam daleko, żeby zerknąć jak słońce dotyka szczytów gór. Kiedy wróciłam w naszym domku było już nieco cieplej. Agnieszka rozpaliła w piecu.
Kiedy wychodziłyśmy zerwał się wiatr i strząsnął prawie całą szadź. Połacie śniegu pokrył lśniący brokat. Szlak biegł ładnie, po łagodnych wzgórzach i dalej doliną wzdłuż rzeki. Widziałyśmy wieś i prowadzące do domków ślady skuterów, raz nawet ktoś przejechał. Przy jednym z podwórek stał samochód. Z daleka zamachała do mnie para narciarzy. Znalazłyśmy też przyjemną wiatkę na lunch. Kolejną, której nie było na mapie.
Letni szlak pobiegł dalej stromym trawersem, ale ktoś poszedł niżej korytem rzeczki. Wybrałyśmy ten dolny wariant. Wjeżdżając na rzekę wywróciłam się w przybrzeżnej zaspie. Agnieszce wyszło to lepiej. Przyspieszyłam, nie wiedziałyśmy jaki gruby jest lód. I nagle, w środku koryta rozpadło się wiązanie Agnieszki. Samo z siebie, bez żadnego powodu, za to w miejscu, gdzie człowiek wolałby nie schodzić z nart. Próbowałyśmy to powiązać sznurkiem. Odpadło. Na szczęście zaraz dalej zaczął się skuterowy ślad ubity tak, że Agnieszka mogła iść w butach. Gdyby nie przeraźliwa prognoza pogody, silny wiatr i duże opady śniegu wróciłybyśmy pewnie do ostatnich ludzi. Ale trzeba było gdzieś przeczekać śnieżycę, a do chatki było nie dalej niż kilometr. Pobiegłam przodem szukając najłatwiejszego dojścia i wróciłam, bo w stronę schroniska nie prowadził ani jeden ślad. Domek był widoczny z daleka. Stał na stromej skarpie, częściowo porośniętej lasem. Kiedy tylko opuściłyśmy ślad skutera wbiłyśmy się w głęboki śnieg. Miejscami, tam gdzie było najgłębiej, na krzakach i pomiędzy brzózkami wracałam i przeciągałam kawałek pulkę Agi. Najgorzej było w lesie, wyżej na stoku zamiast śniegu leżał twardy lód. Agnieszka parła do przodu jak wół, choć było stromo i ślisko. Z trudem udało mi się ją wyprzedzić. Pognałam do chatki, zostawiłam swoją pulkę i plecak, i wróciłam. W samą porę. Agnieszka utknęła już na skraju lodu, w miękkim. Ostatnie metry szliśmy przez las po monstrualnych wertepach. Wiedziałam już gdzie wywróci się pulka, moja też się tam wcześniej wywracała, ale i tak mnie to stresowało. Pulka Agnieszki była dużo cięższa i gorzej zapakowana (mniej płaska), a jej pas do pulek przesuwał mi się z bioder na talię i dusił. Miałam wrażenie, że naderwałam sobie coś w podbrzuszu. Wolę ciągnąć pulkę z własnego plecaka, pożałowałam, że go zostawiłam.
Schronisko było wyziębione i puste, otworzyłyśmy je kluczem, Agnieszka naniosła zapas drewna z drewutni, zapaliłyśmy świece. Natopiłyśmy śniegu. Powoli schodziła z nas adrenalina.
Śnieżyca zaczęła się już nocą. Przez cały dzień za oknem przesuwały się tumany puchu. Próbowałyśmy naprawić wiązanie i gdyby nie jedna śruba, wklejona tak że nie udało nam się jej odkręcić być może ta naprawa by się udała. Listwa, która pękła była długa i wystarczało miejsca żeby ją skrócić, ale bez odkręcenia jej od narty nie dało się tego solidnie przymocować. Proponowałam, że wezmę nartę i zjadę z nią do ostatniego domu. Ktoś pewnie ma tam wiertarkę. Wiązanie byłoby jak nowe (choć plastik stary i możliwe, że kruchy). Mogłybyśmy na tym przejść do Szwecji i tam kupić nowe wiązania i buty. Agnieszka nie chciała. Nie mogła się zdecydować co zrobić. Raz planowała jechać autostopem do Trondheim, raz autobusem do Szwecji, gdzie już wcześniej zamówiła sobie nowe buty. Wersje zmieniały się tak często, że nie potrafiłam się w tym odnaleźć. Nie umiałam też pomóc, zrobiłam wszystko co mogłam i czułam, że uwieram i przeszkadzam.
Wieczorem Agnieszka przeliczyła swoje zapasy jedzenia. Ogromne! Stosik żółtych czekoladek na stole skojarzył mi się ze sztabkami złota MacKwacza :). Zabrałam dużo mniej, więc zrobiłam zakupy w sklepiku DNT, zjadłam przeterminowaną czekoladkę (innych nie mieli) i zdecydowałam, że pójdę dalej. Nie przydałabym się w niczym w autostopie, ani przy kupowaniu wiązań. Na samą myśl o szosach przechodziły mnie ciarki… Jedyne co mogłabym dla Agnieszki zrobić to ściągnąć jej pulkę ze skarpy w dół. Zaproponowałam, że pomogę rano, ale to też Agnieszce nie pasowało. Chciała jeszcze sobie posiedzieć w chatce. I nie wiedziała jak długo.
Umówiłyśmy się za kilka dni w Stugudalen. Mogłam tam dojść szlakiem DNT i jechał tamtędy autobus do Szwecji, lub z Trondheim. Nie martwiłam się bardzo zostawiając ją samą. Była sieć, można było w każdej chwili wezwać pomoc, w weekend w schronisku pewnie pojawią się ludzie. Problem pulki też można łatwo rozwiązać. Wystarczy zjeść kilka kilogramów i będzie lżejsza.






















































