Pireneje Zachodnie marzec 2011, cz2

zejście z ForatonW miękkim, nawianym śniegu znów włożyliśmy rakiety. Przed nami piętrzyły się deszczowe (śniegowe) chmurska, ale prawie nie padało.  Strome zbocze po prawej, którym latem można by dojść do schronu Taxeras w bocznej, wysokiej dolince nie wyglądało przyjaźnie. Nie widać było nawet którędy mógłby biec zaznaczony na mapie trawers, zresztą przecinałby całe potencjalnie lawiniaste zbocze, pełne płytkich skalistych półeczek. Wciąż padał śnieg… ta droga nie nadawała się na zimę.

Schronisko Foraton widać z przełęczy. Schodząc z góry nie widzieliśmy drzwi do cabany.  Zimą często bywają zasypane zwłaszcza jeśli domek postawiono na środku hali, jak ten. Strasznie się zdziwiliśmy kiedy okazało się, że są otwarte na oścież, a wnętrze wypełnia nawiany kopny śnieg. Na podłodze mokra ziemia, okna bez szybek… kupa śniegu. Było jeszcze wcześnie, poszliśmy dalej.  Zeszliśmy stromym zboczem do dolinki porysowanej w esy floresy przez zakola malowniczej rzeczki.

Mamy wodę, to też sukces. Ucieszyliśmy się. Niżej położona Cabana Plan d’ Aniz miała uchylone drzwi, ale szczęśliwie nie była ustawiona frontem do wiatru. W ciągu pół godziny wygarnęliśmy śnieg na zewnątrz i oczyściliśmy framugę z lodu. Drzwi  zaczęły się normalnie zamykać. Podobnie jak poprzedni, schron miał nieszklone okienko w drzwiach, zatkane przez kogoś foliowym workiem. Pod ścianą stała długa drewniana ława, a w kącie  prymitywna duża prycza złożona z luźnych desek. W uchylonych drzwiach pojawiła się na chwilę mysz. Zdziwiłam się, nie miałam pojęcia co myszy robią zimą. Myślałam, że może śpią. Jak zawsze w takich warunkach powiesiliśmy jedzenie najwyżej jak tylko mogliśmy. Nie mieliśmy zamiaru dzielić się niczym z myszą.

Refugio de Plan de Aniz Rozpaliliśmy malutki ogień z odrobiny zostawionego w kącie drewna. Nie było mi zimno, chociaż we wnętrzu musiał być spory mróz. Zmoczone poprzedniego dnia buty jak zwykle zamarzły i rano z trudem udało mi się je zasznurować. Skórzane buty niestety zwykle mają z tym problem, zrobione z Cordury buty Jose Antonio nie łapały tak wody i w związku z tym rano były całkiem miękkie. Spałam w Misi, puchowej kurtce i  puchowym śpiworze. Powerstretchową bluzę ściągnęłam dopóki jeszcze było mi ciepło. Wiem, że to brzmi zabawnie. Marznę okropnie, bardziej niż ktokolwiek kogo znam. J.A. spał tylko w powerstretchu, który dla niego jest zwykle zbyt ciepły do chodzenia. Chodzi w koszulce z Tactelu. Misia założył wieczorem. Wtedy, kiedy ja na highloftową kurtkę wciągałam swojego starego puchowego grzmota. Tym razem zabrałam grube skarpetki z 200-tki, ta noc  była całkiem ciepła.

Plan d'Aniz5 marca

Wstaliśmy o świcie. Miękki wieczorem śnieg zamarzł. Ugotowaliśmy herbatę z przyniesionej wieczorem wody. Nie zamarzła, była przechłodzona. Kiedy przelałam ją do garnka natychmiast zaczęła krystalizować.

Świt  ozłacał wierzchołki gór.  Zrobiła się piękna pogoda. Wysmarowaliśmy się kremem i zaczęliśmy z żalem schodzić zerkając czasem na niemożliwe do przejścia zbocze. Niemal minęliśmy niewidoczne w nietkniętym ludzka stopą  śniegu, strome zejście do dna doliny, kiedy  z boku zobaczyliśmy kilku podchodzących z rakietami na plecach spoconych chłopaków.

-Hola! krzyknął Jose Antonio. Chłopaków zatkało.

-Co tu robicie o tej porze- spytali? -Wyszliście przed czwartą?

To zabawne jak niewielu osobom przychodzi do głowy możliwość nocowania w górach.

Punta Agueri i TaxerasByła sobota i ze schroniska Gabardito wyszło w góry trochę ludzi. Na przeciwległym zboczu grupa narciarzy oznakowała biegnący dołem szlak do Taxeras. Ucieszyliśmy się. Szybciej się szło po śladzie nart, do tego uzbrojonym w  chorągiewki.

Samo podejście do położonego na stromym zboczu schronu bywało trudne. Po południu śnieg bardzo zmiękł, a narciarze wytyczyli nam ścieżkę stromym eksponowanym uskokiem, po urwistych półeczkach, omijając duże podejrzane żleby. Nie wiem czy sami umielibyśmy ją znaleźć. Cieszyliśmy się, że mamy  ślad. Rakiety wydawały nam się tam znacznie bardziej niebezpieczne niż uzbrojone w długie ostre krawędzie narty. Dopiero na górze zorientowaliśmy się, że prawdziwa ścieżka biegnie niżej,  zaraz obok zasypanego teraz, pełnego skalistych progów koryta rzeczki. Schronisko Taxeras było kolejnym schronem z otwartymi drzwiami. Nie mogliśmy zrozumieć kto i po co  zostawia ja otwarte, tak jakby sam starannie nie zmykał swojego domu, samochodu, ogrodu.

-Jakiś kretyn stwierdził J.A. czyszcząc kolejną framugę z lodu.

Refugio TaxerasNie mieliśmy zamiaru tu nocować, było jeszcze zbyt wcześnie, ale poświęciliśmy chwilę na doprowadzenie schronu do porządku.  Wewnątrz tkwiła metrowa śniegowa bryła, ale schronisko było całkiem fajne, miało łóżko z materacem i działającą baterię słoneczną. Wkurzona beztroską jakiś jednodniowych debili wyskrobałam na drzwiach pokaźny napis „Close the door!”

Kiedy dopracowywałam zakręty literek znalezioną w schronie ostrzałką do noży, nadjechali narciarze. Oznakowali drogę na Collado de Secus- wysoką przełęcz w grani Bisaurina.  W niedzielę tą przygotowaną drogą miał przebiec duży klubowy rajd. Narciarze uprzejme przyznali mi rację w kwestii zamykania drzwi, ale widzieliśmy, że niewiele ich to obchodzi. Nie sypiali w cabanach.

Zamknęliśmy starannie oczyszczone drzwi i poszliśmy dalej zamarzającym powoli  ocienionym już śladem przez strome i zalodzone zbocze do Foya de Secus i z powrotem w dół nad korytem strumienia. Nie znależliśmy biegnącej dołem letniej ścieżki.

Schronisko Secus schowane w załomie dużego żlebu, ale w bezpiecznym od lawin miejscu, nie było tak fajne jak Taxeras. Drzwi oczywiście uchylone, okienko bez szybek, goła podłoga. Z luksusów trzy małe składane stołki. Cóż….

Refugio SecusDo  ukrytej w śnieżnym tunelu rzeczki  prowadziła plątanina lisich śladów. W śnieżnobiałym korycie była niewielka czarna studnia- dziura do wody. Bez śladów chyba byśmy jej nie zauważyli. Ucieszyliśmy się, woda topiona ze śniegu nie jest smaczna, zawsze czuć w niej spaleniznę z garnka.

Tej nocy troszkę zmarzłam. Byliśmy już dość wysoko, nie było czym palić, karimata na folii NRC to jednak nie prycza, przez wystawione wprost na dolinę okienko lekko wiało.

refugio Secus

Pireneje Zachodnie marzec 2011 cz1

Siedzę ze skręconą kostką i nie bardzo mogę się ruszać. Zdjęcia zrobione na filmach pomieszały się i teraz z trudem udaje mi się ułożyć je po kolei. Od czego zacząć… może od początku? Piszę, bo lubię, to pamiątka tak jak i zdjęcia… a zresztą być może ten opis  może się kiedyś komuś przydać…

Drzwi do schroniska Lizara, 17 marca w dniu wyjazdu

3 marca

Udało mi się kupić bardzo tani lot z Paryża do Saragossy (około 100 zł). To nowe połączenie Ryanair. Samolot w połowie pusty przyleciał pół godziny przed czasem. Lecieliśmy nad Pirenejami, ale z morza  szarych chmur wystawał tylko jeden ostry, ośnieżony wierzchołek. Nie rozpoznałam go. W Pirenejach padało już od kilku dni i wszędzie ogłoszono 4 ( a poniżej 1600 m trzeci) stopień zagrożenia lawinowego.

Umówiłam się z kumplem, który mieszka w Saragossie. Odebrał mnie z lotniska. Saragossa leży około 2-3 godzin jazdy od Pirenejów. W wiele miejsc można wygodnie dojechać autobusem. Jeżeli jedzie się w zachodnią część gór z lotniska w Barcelonie (lub Gironie) trzeba i tak najpierw dostać się do Saragossy – najtaniej autobusem (np. linii Alsa)  pociągi,  w tym bardzo szybki ekspres AVE są sporo droższe. Innym sposobem dotarcia w Zachodnie Pireneje jest lot do Pau ( z Paryża lub Londynu) lub nocny pociąg z Paryża do np Oloron St Marie. Z Pau kursują autobusy do wszystkich podgórskich miejscowości, w tym też do hiszpańskiego Canfranc (rozkład jazdy jest na stronie francuskich linii kolejowych SNCF).  Bilet na nocny pociąg z Paryża kupiony w Internecie z dwumiesięcznym wyprzedzeniem jest często tańszy od najtańszych lotów i bardzo wygodny. Jedyny problem to to, że wszystko trzeba załatwić po francusku, a bilet może zostać wysłany tylko na francuski adres. Wysłanie za granicę trochę kosztuje i przy jednym bilecie nie bardzo się opłaca.

Nigdy wcześniej nie jechałam w góry z Saragossy. Przez ponad godzinę niemal aż do Huesca droga ciągnie się przez monotonną, pagórkowatą, porośniętą z rzadka suchymi krzakami pustynię. Co jakiś czas pojawiały się perfekcyjnie wygładzone, zorane pola. Reszta to kamienista rudawa ziemia, na której nie chce rosnąć nawet trawa. W zestawieniu z ciemnymi deszczowymi chmurami, zaskakujące miejsce. Od Huesca zaczynają sie góry. Najpierw znana mi z kanioningu, pełna urwistych zboczy, porośnięta łudząco miękkimi poduszkami kolcolistów i karłowatymi piniami Sierra de Guara, potem szeroka malownicza dolina i ośnieżone Pireneje.

okolice Jaca, 14 marca

Droga do Lizary, już po ciemku – wąska, asfaltowa, czasami  wyremontowana,  czasami mocno dziurawa  wymagała założenia łańcuchów. Padał śnieg, a Hiszpanie nie znają zimowych opon. Dotarliśmy do schroniska mocno spóźnieni. W pokoju z nami spał straszliwie pijany facet. Wydawało mi się, że same wydzielane przez niego opary wystarczyłyby, żeby poczuć się nieźle wstawionym. W Hiszpanii wyglądam dość egzotycznie. Facet gapił się na mnie jak w  święty obrazek, lub duże stado białych myszek, a raz nawet plasnął mi u stóp niby szukając czegoś w swoim plecaku, a naprawdę wciąż nie przestając się gapić.

Lizara 4 marca

4 marca

Rano wciąż padało. Stopień zagrożenia lawinowego nie zmienił się, ale podobno pojutrze pogoda miała się poprawić. Wyszliśmy późno, wieczorem nie zdążyliśmy już się spakować.

Ciężki plecak po kilkumiesięcznej (aż od października) przerwie bez gór wydawał  się  ponad moje siły. Zabraliśmy jedzenie i gaz na tydzień. Nauczeni doświadczeniem z zimy zeszłego roku, kiedy stale brakowało nam wody, wzięliśmy dwie półkilowe butle zimowej mieszanki. Prawie trzykrotnie więcej niż byłoby potrzebne latem. Topienie wody pochłania bardzo dużo energii. Wysoko w górach strumienie zwykle pokrywa śnieg i nawet jeśli czasem słychać wodę, nie sposób się do niej dostać.

Col de Bozo i stoki masywu Bisaurin, 4 marca

Podejście na Colado Foraton latem nie sprawia żadnych trudności. To trasa GR11, wygodnego, znakowanego szlaku. Sama przełęcz jest jednak bardzo stroma. Na grani siedział duży nawis. Wiało i sypało nam w twarze śniegiem. Zdecydowaliśmy się podejść wprost na siodło, nie zważając na niewidoczny zimą szlak.

Straszliwie było stromo, wdrapaliśmy się kilkaset metrów w ześlizgujących się rakietach na próżno.  Z bliska, nawis okazał się podcięty i przewieszony, zbocze straszliwie strome, plecaki okropnie ciężkie. Z żalem zeszliśmy do ścieżki i spróbowaliśmy przejść zbocze trawersem tak jak wygląda to na mapie. Minęliśmy górą Refugio de Fetas znów włażąc w stromy, zbyt stromy jak dla mnie trawers. Bardzo szybko zdecydowaliśmy się znów iść wprost w górę. Trawers w miękkim, sypkim śniegu pod samą granią… przy lawinowej 4 na …2000 metrów…  zbyt rozsądny chyba nie był. Kilkadziesiąt metrów wyżej znów zatrzymał nas nawis. Głupia sprawa. Solidny i dobrze usadzony na grani miał grubą przezroczystą lodową podstawę. Prawie pionową. Półtora, może dwa metry czystego lodu. Nie do ruszenia w tej sytuacji. Nie mając wielkiego wyboru przeszliśmy jakieś 20 metrów pod samą podstawą nawisu, mając nadzieję, że go nie podetniemy. Troszkę dalej wypłaszczał się i udało nam się jakoś wdrapać na grań, kilkadziesiąt metrów powyżej szerokiej, wygodnej przełęczy. Druga strona grani była wywiana niemal do trawek. Nad nami Bisaurin gubił się we mgle. Samego szczytu nie było widać. Wiało i było bardzo zimno. Była czwarta.

Widok z podejścia na Colado Foraton, 4 marca

Jose Antonio przez chwilę rozważał zdobycie Bisaurina, ale tak naprawdę wcale nam się nie chciało tam iść. Popatrzyliśmy tylko na osłonięty mokrą chmurą szczyt i poszliśmy na dół.

zejście z Foraton 4 marca