jak chodzić po górach i się nie zmęczyć cz1 -jedzenie

Jak łatwo zauważyć przeglądając bloga chodzę po górach przez około 1/4 roku. To duży i intensywny wysiłek. Wydawałoby się, że po powrocie mój organizm będzie wymagał uzupełnienia brakujących substancji czy dłuższego odpoczynku, jest jednak odwrotnie. Wracam wypoczęta i zdrowsza. W szczególności ustępują moje problemy żołądkowe. Troszkę czasu zajęło mi zrozumienie dlaczego. Dopiero niedawno poczytałam jakie właściwości ma moja odkryta eksperymentalnie górska dieta. Popatrzcie sami (jadam co 3 godziny więc tych posiłków jest sporo):

śniadanie: Zjadam półlitrową miseczkę zalanych prawie gorącą wodą płatków owsianych (w proporcji 1/3 płatków 2/3 wody). Nie lubię rozgotowanych (i oszczędzam gaz), okazuje się, że właśnie takie są najbardziej wartościowe  (jeszcze lepsze byłyby zalane zimną) mają niższy indeks glikemiczny, czyli uzyskana z nich energia wydziela się powoli wystarczając na dłuższy czas. Czasem je troszkę solę, czasem słodzę. Jadam codziennie też w domu. Nie znudziły mi się już od kilku lat.

Owies był tradycyjnym źródłem pożywienia w północnej i środkowej Europie. Zawiera najwięcej białka ze wszystkich zbóż i mnóstwo potrzebnych nam witamin. Kwas pantotenowy i witamina B1 chronią przed zmęczeniem i rozdrażnieniem. Witamina B6 poprawia pamięć, a witamina E zapobiega starzeniu. Płatki owsiane poprawiają nastrój (witaminy B, magnez, selen). Owies jako jedyne ze zbóż zawiera flawonoidy i rekordowo dużo błonnika, również tego rozpuszczalnego w wodzie, który otula ścianki przewodu pokarmowego jak kompres, żywiąc korzystne bakterie i na długo zapewniając uczucie sytości. Owsianka zapobiega też zgadze i pobudza pracę jelit. Zawarty w ziarnie owsa tłuszcz (aż 7%) to niezbędne nam kwasy nienasycone, a codzienne spożywanie płatków chroni podobno przed alergią i zapobiega miażdżycy… Aż dziwne, że to wszystko kosztuje tylko kilka złotych (w Norwegii tylko kilkanaście koron za 1,1 kg).

drugie śniadanie: kawał żółtego sera, lub suszonej wołowiny -uzupełnione suszonymi jabłkami. Jabłka pochodzą z 50-cio letniej jabłonki z warszawskiej działki moich rodziców. Są malutkie, schną w piekarniku pokrojone w dość cienkie plastry razem z gniazdami nasiennymi i skórką.  Nie wiem czy można takie gdziekolwiek kupić. Rodzice przygotowują wielki zapas każdej jesieni. Na dwa tygodnie zabieram ok 1,5 l- skompresowanego do woreczka po nieprzemakalnej kurtce. Czasem mi troszkę brakuje pod koniec.

Co o nich wyczytałam: najlepsze są własnie takie- małe, ze skórą i gniazdami nasiennymi. Niezbyt słodkie. Zawarte w skórce i „ogryzkach” pektyny oczyszczają organizm z toksyn, zwłaszcza metali ciężkich. Wspomagają też rozwój korzystnej flory bakteryjnej, zapobiegają zaparciom i obniżają poziom cholesterolu. Dzięki działaniu moczopędnemu zmniejszają obrzęki nóg.  Skórki mają właściwości dezynfekujące (to też na pewno się w górach przyda).

Jabłka zawierają sporo witaminy C, odkwaszają organizm, a suszone rosną w żołądku powodując długotrwałe uczucie sytości.

Wołowinę suszę sama przez każdym wyjazdem. Wystarczy suszarka do grzybów.

obiad- staram się ugotować zupę. Głównym składnikiem jest garść suszonych warzyw- dostępnych w dobrych sklepach. Zużywam 100 g na ok 4 dni, wiec na 2 tygodnie potrzebne mi 3 torebki. Solę, pieprzę, dodaję łyżkę oleju.  Zagryzam serem, czasem dosypię garść kaszki, wrzucę kawałek wołowiny lub nasypię orzechów czy soczewicy. Jeśli tylko mogę uzupełniam warzywa pokrzywą. W Polsce można kupić suszony koperek czy suszoną natkę pietruszki.  We Włoszech suszone pomidory. W wielu miejscach bywają grzyby. Dzięki tym dodatkom moja zupa miewa różny smak.

O zaletach warzyw nie trzeba wspominać. Najlepsze są oczywiście surowe. Moje ze względu na oszczędność gazu  lądują w kubku z zimną wodą i są podgrzewane aż do zagotowania. Czekam potem chwilkę żeby wciągnęły wodę. Nie są miękkie, ale są smaczne (już o nich kiedyś pisałam)

podwieczorek ;)) jak wszyscy lubię słodycze. Już 3 godziny po zupie jestem głodna więc przegryzam coś, co akurat mam: ćwierć kubka wiórów kokosowych (to dziwne, ale są smaczne na sucho, bez niczego innego, na wietrze warto dodać trochę wody inaczej trudno je zjeść:)), kawałek czekolady (sama jest dla mnie zawsze za słodka wiec pogryzam suszonymi jabłkami, lub ryżowym waflem), garść orzechów czy słonecznikowych ziaren (najlepiej też z waflem). W Norwegii zamiast czekolady kupuję tradycyjny norweski brązowy „serek”- uzyskany z odparowania serwatki- brunost. Ma mnóstwo kalorii (ponad 400/100g), a pod względem składu najbliżej mu do czekolady- to cukier i tłuszcz. Są dwa podstawowe rodzaje – ja kupuję lekko dosłodzony karmelem, krowi- Flotemysost. Nie wiem, czy jest zdrowy, ale trudno mi się mu oprzeć. Bardzo mi smakuje na ryżowym waflu lub dodany do ciepłej owsianki, ale bywa, że jadam sam. Na podwieczorek miewam też czasem sezamki (nie jadam innych batoników) lub sam sezam, suszone żurawiny, morele czy śliwki. Lubię suszone w całości banany (dostępne we francuskich sklepach) i zwykłe, najtańsze rodzynki (jem je zwykle z orzechami, ale bywa, że z suszoną wołowiną :)). Te wszystkie rzeczy zdarza mi się też pogryzać do innych posiłków, jeśli jestem bardzo głodna. Nie za dużo na raz, bo suszone owoce ze sklepu są bardzo słodkie. Energia z nich uzyskana wystarcza tylko na chwilkę, a potem człowiek robi się jeszcze bardziej głodny.

kolacja– prawie codziennie gotuję barszcz. Garstka suszonych warzyw, trochę suszonych buraków, kilka kawałków suszonej wołowiny (lub grzyb), czasem suszone jabłka, sól pieprz i olej. Jak mam wrzucam choriso, grzyba…

Barwniki zawarte w burakach to silne przeciwutleniacze- związki chroniące przed szkodliwym działaniem wolnych rodników. Zwiększają też (podobno aż 4-krotonie) przyswajanie tlenu przez komórki- obie te własność są w górach bardzo pomocne. Wystawienie na słońce wymaga zwiększonej ochrony przed atakiem agresywnych wolnych rodników, a przyśpieszone przez wysiłek spalanie – zwiększonej konsumpcji tlenu na poziomie komórkowym (inaczej wyhodujemy sobie w mięśniach kwas mlekowy – czyli zakwasy).

Poza tym buraki wspomagają zwalczanie wirusów (czyli pomogą na ewentualną chrypkę czy katar) i odkwaszają organizm (co na pewno przyda się po zażyciu jakiejkolwiek potrawy z puszki czy fastfoodu). Nie trzeba ich nawet gotować, ja zalewam swoje w miarę ciepłą wodą i czekam chwilkę aż zmiękną. Wychodzi z nich dobry barszczyk czerwony, a na dnie porcja gotowanych warzyw- najsmaczniejsza z dodatkowym olejem.

Suszone buraki występują w polskich sklepach spożywczych. 100 g kosztuje ok 2 zł i wystarcza mi na jakieś 10 dni.

Tygodniowo zjadam około 1-1,5 kg sera (w Pirenejach, Alpach i na Korsyce można go kupić u pasterzy) i około pół kg wołowiny (po wysuszeniu to tylko 150 g wiec można nosić spory zapas). Na dwa tygodnie wystarcza mi ok. 75 ml oleju. Potrzebuję więcej, jeśli są grzyby.

Kiedy zdarza mi się zejść na dół i mam dostęp do nieograniczonej ilości gazu (np kemping) gotuję sobie na zapas jajka. Co jakiś czas zjadam jajecznicę  (najtańsza rzecz we francuskich schroniskach), czy wciągam puszkę sardynek lub tuńczyka. W Norwegii najchętniej Sur Sild (słodkie śledzie). Na Korsyce jesienią zbieram kasztany.

Przy każdym posiłku wypijam pół litra wody, rano i wieczorem (jeśli mogę) herbatę. Piję zawsze, nawet jeśli nie chce mi się pić. Kiedy jest wietrznie i zimno łatwo się odwodnić przez zagapienie, więc taki rytuał się nieźle sprawdza.

Potrzebuję do tego 0,5 litra gazu na dwa tygodnie. Jeśli gotuję ostrożnie wychodzi mniej.

Z wyliczeń wynika, że dostarczam organizmowi ok 1800 kcal dziennie.  Ser i wołowina dają mi ok 50 g białka dziennie. Moje zapotrzebowanie to jakieś 65 g, pozostałe 15 g z pewnością mają kasze (prawie 10 g zawiera moja dzienna porcja owsa) i orzechy. Jak widzicie wszystko co jem jest wystarczające pod względem wartości odżywczych i kalorii, zawiera witaminy i błonnik, i wydaje się być bardzo zdrowe. Jest też zaskakująco tanie i lekkie.

Napisałam to, bo widuję w górach ludzi odżywiających się samymi szkodliwymi rzeczami. Konserwami (z założenia niezbyt zdrowymi- bo np bifenole w lakierach), drogimi liofilami (często z konserwantami, zawsze z wielkim i zajmującym miejsce opakowaniem z obowiązkowym kuszącym obrazkiem), zupkami w proszku pełnymi chemicznych substancji i wcale nie tak lekkimi jak się wydaje na oko, a niemal pozbawionymi witamin i białka, batonikami pełnymi cukru, utwardzanych tłuszczy i różnych E. Nie mogę tego jeść, więc mnie nawet nie kusi, ale gdybym jadła na pewno nie wracałabym z gór wypoczęta i pewnie też po tylu latach wyglądałabym już trochę gorzej. Nie zażywam żadnych suplementów diety, witamin, magnezu… itp. Nie pijam izotonicznych czy energetycznych drinków, generalnie unikam sztuczności jak tylko potrafię.

PS: ta dieta jest też dietą bezglutenową (nie bardzo restrykcyjną, bo owsianka może zawierać śladowe ilości). Już kiedyś o tym pisałam i zapomniałam zlinkować, po komentarzu Jano podaję link.

Zdjęcia pochodzą z tegorocznej Norwegii. Więcej biwakowych niestety nie zrobiłam.

7638 Razem 3 Dzisiaj

20 myśli na temat “jak chodzić po górach i się nie zmęczyć cz1 -jedzenie”

  1. Liczę na ciąg dalszy. Będę musiał spróbować tej zupy proponowanej przez Ciebie na obiad na bazie oleju i suszonych warzyw. Rozwiązuje ona mój dylemat czym zastąpić zupy chińskie a co będzie równie lekkie i nie będzie jednocześnie doprowadzało mnie do szczękościsku na samą myśl o jedzeniu tego. Ja tylko planuję uzupełnić skład suszonymi pomidorami i makaronem pełnoziarnistym. Ostatnio moja żona wpadła na taki w markecie. Ten akurat jest o tyle fajny, że po ugotowaniu ma konsystencję zwykłego i gotuje się tylko 4 min. I jak dla mnie doskonale nadaje się na wypełniacz do takiej zupy.
    Co do płatków to odkryłem je jakieś 2 lata temu i także staram się je zabierać na wyjazdy z własną kuchnią. Ja tylko dodaje do nich suszonych owoców i ostatnio wiórków kokosa, czasem ziaren słonecznika lub dyni. Kokos jest o tyle fajny, że zawiera dużo potasu, który należy uzupełniać przy wysiłku, i jest bardzo kaloryczny. Dodatkowo same płatki sycą mnie na bardzo długo. Chętnie je także jadam na nizinach z tartym jabłkiem na drugie śniadanie lub podwieczorek w pracy.
    Co do mięsa to w terenie mogę go prawie w ogóle nie jeść. kiedyś podczas trekkingu wyrzuciłem prawie kg konserw bo były rozszczelnione. A po za tym było tak ciepło, że mięso to ostatnia rzecz na którą miałem wtedy ochotę.

    1. To napisz koniecznie jak wyszło. Może by jeszcze dodać bazylię? Ta zupa to taka baza, można coś zawsze domieszać i będzie inne. Ja już ją nawet jadłam z tuńczykiem. Najlepsza jest chyba z pokrzywą- warto wrzucić chociaż kilka listków (tych górnych) dla smaku.
      A z kokosem jest dziwna sprawa, w domu nie jadam wcale, a w górach mi bardzo smakuje. Chyba nawet bardziej niż pestki z dyni. Nie wiedziałam o potasie, możliwe, że właśnie dlatego tak mi się w górach sprawdza.
      Z mięsa jadam tylko tę suszoną wołowinę. To jest bardzo lekkie, nie psuje się niczego nie pobrudzi, więc jest takim moim jedzeniem na czarną godzinę. No i łatwo to szybko przegryźć w sytuacji jak nie da się stanąć i ugotować.
      Gdzie kupujesz suszone pomidory? Ja je widuję tylko we Włoszech, a u nas zawsze w oleju. Pomidory chyba też maja magnez więc chętnie bym zabierała większą ilość.

  2. Dawniej można było je dostać w rossmanie. Ale dzisiaj ich nie znalazłem. Żona mi tu podpowiada, że pułki ze zdrową żywnością w tym sklepie były w nie zaopatrzone.
    A pomidory na pewno mają dużo potasu a magnez muszę sprawdzić. Na pewno działają przeciwnowotworowo i zawierają śladowe ilości nikotyny. :D Co do patentów to jeszcze zamiast zwykłego oleju można zabrać olej z dodatkiem przypraw. Kujawski robi taki rzepakowy. Tłoczony na zimno jest w wielu rodzajach nawet ze wspomnianą bazylią. Jednak to tylko do zupy w wariancie pierwszym bo barszcz czerwony chyba wymagał by nieco innych przypraw.

    1. pomidory chyba rzeczywiście mają potas nie magnez. Ja w zasadzie nigdy tego nie sprawdzałam. Dobrałam sobie to jedzenie eksperymentalnie. Jak źle jem to źle się czuję. Mogłabym służyć za wykrywacz szkodliwych substancji, gdybym po tym szybciej dochodziła do siebie:)
      Zajrzę do Rossmana, dzięki.
      A przypraw to można by zabrać sporo. Nie są ciężkie.

  3. A zapomniałem dodać, że olej rzepakowy jest równie dobry jak zachwalana oliwa, a w naszych warunkach jeszcze lepszy niż ona. Tylko musi być tłoczony na zimno.
    Co do magnezu to orzechy nerkowca mają go dużo.

    1. ja lubię oliwę z oliwek. Smakuje mi i jakoś tak pasuje mi do tej zupy, ale rzepakowego oleju też używam, zwłaszcza do smażenia, bo do tego oliwa podobno niedobra. W górach w zasadzie wszystko mam gotowane. Biorę tylko malutki garnuszek (jak na zdjęciach) i zawsze mi żal, że nie da się w nim usmażyć jajek:)

  4. sprawdziłem te pomidory. Faktycznie mają także magnez. A ten olej to tylko pomysł jak zmniejszyć ilość branych rzeczy kuchennych. Bo tak jak pisałem można dodać od razu do niego jakieś przyprawy lub kupić już taki spreparowany i nie zabierać z sobą pieprzu, bazylii, czili i innych aromatycznych ziółek tylko je mieć w postaci płynnej zamkniętej w buteleczce z olejem.

    1. ja noszę przyprawy w pudełeczkach po filmie (te od Kodaka się nie otwierają). Teraz miałam pieprz, paprykę, cynamon, bazylię i szczyptę prowansalskich, zmieniam to sobie i mieszam na oko. Brakowało mi trochę czosnku- akurat zapomniałam. Często biorę główkę. Imbir też jest fajny, bo można dodać np. do herbaty.Kiedyś zabraliśmy świeży zimą- działał rozgrzewająco i przeciwzapalnie, a nie śmierdział tak jak czosnek.

  5. Suszone pomidory są na Allegro, ja kupuję w czeskim supermarkecie, bo mam blisko i tam mają niemieckie Seeberger, ale kolega szukał i znalazł właśnie na Alle. Zupa fajny pomysł, ale czy to w powodu niej zużywasz aż tyle gazu? Długo to gotujesz? Nie sądzę żeby mi się chciało gotować coś poza wodą na liofy (bez opakowań rzecz jasna) i herbatę, ale jestem ciekawa. A w temacie pokrzywy i innych takich liści to właśnie zioła fantastycznie się sprawdzają w nawadnianiu, więc jak ktoś nie gustuje w zupach to można zrobić herbatę. Najlepsze z miodem, pisałyśmy o słoikach na mocz, to ja w nich właśnie zawsze transportuję miód, po łyżce dziennie starcza na 10 dni. Szkoda że nie mogę już patrzeć na płatki… Ostatnio smażyłam jajecznicę na boczku w tytanowym kubku i dało się, nawet się nie przypaliło jakoś bardzo :-)

    1. wcale nie gotuję. Doprowadzam do wrzenia i już. Gotuję często, zupę dwa razy dziennie, raz owsiankę, dwie herbaty. Pól litra gazu wystarcza zwykle też na dwie osoby, a jak jestem sama mam jeszcze nadmiar np do mycia. Lubię mieć gaz. Zresztą nie widzę sensu kupowania małych butli, kosztują prawie tyle samo, a różnica na wadze też nie jest wielka. Wolę komuś potem zostawić- np w schronie. Gazu idzie więcej jeśli trzeba topić śnieg i jak się gotuje na silnym wietrze- a czasem nie ma wyboru.
      Lubię ciepłe jedzenie, zalanie liofila nie spowoduje oszczędności czasu ani gazu (ten sam wrzątek), a ja ogólnie nie jadam wysoko przetworzonej żywności i gotowych mieszanek. Popatrz na skład: utwardzone, lub nieopisane tłuszcze, często zwierzęce, syrop glukozowo- fruktozowy lub cukier, sztuczne aromaty (np dymu wędzarniczego mniam… mniam :)), sztuczne witaminy, substancje przeciwko zbrylaniu itp. Już nie wspominając, że te wielkie paki zajmują miejsce i są drogie. Na dwa tygodnie wydałabym na nie ponad 300 zł. Znam mnóstwo sposobów na ciekawsze wydanie takiej kasy. Również na jedzenie. Moja zupa w porównaniu z tym to ok. 14 zł (już z burakami)- też na dwa tygodnie.
      Do tego 1 liofil waży zwykle ponad 150 g, czyli 14 liofili raczej przeraża (jak nic wychodzi mi 2kg!), dla porównania moje warzywa na 2 tygodnie to tylko 300-400 g.

      Nie mam też tytanowego kubka. Kupiłam sobie cienki stalowy za 4 zł w sklepie z tanimi rzeczami na moim osiedlu. Pół litra, 80 g. Nie zepsuł się już od 5-ciu lat. Są nadal w sprzedaży. Już kilka porozdawałam, jak ktoś jeszcze potrzebuje to służę.

      Miód jest rzeczywiście fajny, ale akurat pokrzywa bardziej mi smakuje posolona. Jest podobna w smaku do rosołu. Spróbuj kiedyś :).

  6. Aha, skoro tylko zagotować wodę trzeba to się kiedyś pobawię dla urozmaicenia. Fajnie, że się dzielisz swoimi pomysłami, jest inspiracja. Posolonej pokrzywy też spróbuję, choć po tym jak mama mnie w dzieciństwie faszerowała sokiem z pokrzywy mam lekką awersję :-P
    Nie przekonuję nikogo do liofili, ale też nie ma co demonizować. Nie wszystkie mają taki straszny skład, zwykle tylko te tańsze. Nikt też nikogo nie zmusza do noszenia wielkich pak, przepakowanie do strunówek zestawu na dwa tygodnie to 250g zysku i mnóstwo objętości. Porcja to zwykle około 125g, na dwa tygodnie to 1750g. Z ceną nie ma co dyskutować, jest wysoka, zwykle to od 170 do 250 zł na 14 dni (kupuje się w promocji). Suszone warzywa traktuję jako dodatek i dosypuję do każdej porcji, zwłaszcza suszoną nać selera lubię.
    A pełnoziarnistych płatków ryżowych próbowałaś? Ostatnio je odkryłam, robię je na śniadanie dosypując mleko i kakao.

    1. spróbuj koniecznie, a pokrzywy potraktowanej jako warzywo (solonej) musi być dużo. Ja zbieram ile się zmieści do garnka. Jose długo się bał spróbować, a teraz bardzo to lubi. To łatwo dostępna świeża, zielona jarzyna. I nosić jej nie trzeba :) (koniecznie dodaj troszkę oleju lub masła)
      To nie tak, że demonizuję. Jestem alergikiem i bardzo ciężko znoszę tę całą chemię w żywności. Nie mogę zrozumieć po co to. Wcale nie trudno zrobić jedzenie bez dodatków- przykład- te suszone warzywa.
      U nas są płatki z brązowego ryżu. Smaczne, próbowałam, są też gryczane (mają dużo białka). Też niezłe. widziałam i z innych zbóż – ale z glutenem wiec nie wiem, myślę, że wszystkie są dobre. Jadam też kaszę kukurydzianą (łatwo ją kupić w Alpach), ale najbardziej lubię owsiankę i najdłużej jestem po niej najedzona. Ryż nie ma wcale białka może dlatego.

      Natomiast dzięki Lidce odkryłam teraz wafle z brązowego ryżu i znalazłam też dobre w Norwegii.

    1. Co jesz? Ja do tego doszłam po latach doświadczeń. Na pewno łatwiej, jak się nie ma alergii, z drugiej strony to moje jedzenie jest lekkie i zdrowe więc chyba warto wypróbować :)

      1. Śniadanie – lekkie, by nie obciążać dodatkowo organizmu (czeka nas wysiłek). Głównie węglowodany szybko dostarczające energię, tak by pobudzić organizm. Mała ilość – mamy wystarczający zapas z wczoraj.
        Dzień – jesz kiedy mózg ci podpowie, kiedy da znać. Małe porcje, szybko dające energię. Czyli najlepiej czekoladę (a lepiej nutellę, bo czekolada się niestety topi), kawałek sera, owoc. Za to pijesz często – nawadnianie bardzo ważne.
        Kolacja, czyli obiad – główny posiłek. Nigdzie już nie idziesz, uzupełniasz zapas na jutro.
        Generalnie uważam, że gotowanie jest zbędne. Wcale nie potrzebujemy ciepłych posiłków. Oczywiście w domu gotujemy – bo przecież w ten sposób możemy wiele produktów, które surowe nie za bardzo nadają się do jedzenia, przerobić w smaczne potrawy, wydobyć smaki itp., itd., lubimy ciepłe posiłki. Ale w terenie można spokojnie obejść się bez gazu (no chyba, że jest zima i nie mamy co pić a w około śniegi). Sery, sucha kiełbasa, wędzone mięso, tuńczyk z puszki, owoce, warzywa, zamiast pieczywa tortilla. Co tam kto lubi.
        Być może wtedy plecak będzie ciut cięższy ale za to nie jemy tego syfu z torebki zalanego gorącą wodą.

        1. Ja lubię ciepłe. Bardzo często jest zimno, a woda nie zawsze nadaje się do picia. Wiosną jak śnieg się topi i wszystko spływa jest tragiczna. Przegotowana jakoś mi bardziej smakuje, zwłaszcza z mocną herbatą.
          Jose jada tak jak Ty. Kiełbasę, ser i w zasadzie raz dziennie na kolację. Rano coś tam przegryza, batonik np. Lubi tortille. Zresztą tak są zorganizowane posiłki w schroniskach. Rano słodkie i mało, a reszta wieczorem. Rano jem chyba podobnie (owsianka to lekkie węglowodany), ale wolę spać z nienapchanym żołądkiem. Jakoś mi taki wielki obiad o 19-tej 20-tej nie wchodzi.
          Wędzone też nie jest bardzo zdrowe, ale co do zalewania byle czego to się w 100% zgadzam.

          1. No nie, myślałem że sam to wymyśliłem :) Z drugiej strony skoro tak schroniska funkcjonują to coś w tym szaleństwie jest!
            No właśnie, wy często chodzicie po górach zimną czy wiosną. Ja to właściwie tylko latem. A wtedy z wodą raczej nie ma problemów.
            A ja tam lubię wieczorem się najeść ;)

          2. masz szczęście, że nie tyjesz :) Takie wieczorne odkładanie zapasów bywa ryzykowne. Swoją drogą to ciekawe, że ten system żywienia funkcjonuje z powodzeniem w „ciepłych krajach” ( Włochy, Francja, Hiszpania), a u nas jada się obiady wcześniej i zaczyna dzień od solidnego śniadania. To musi mieć związek ze słońcem (lub jego brakiem).

  7. Jestem ciekaw jak radzą sobie ludzie z celiaklią, do takich akurat należę i staram się zachować dietę bezglutenową.

    1. Ja sobie radzę. Są łatwiejsze i trudniejsze kraje. Mogę jeść płatki owsiane więc cała północna Europa jest prosta. Na południu jest gorzej. We Włoszech kaszka kukurydziana (polenta- też zalewam wrzątkiem, ale na miękkość trzeba poczekać, najlepiej ją schować do śpiwora), we Francji tapioka, w Hiszpanii trudniej- szukam płatków po większych sklepach, bywało że znajdywałam tylko mąkę ziemniaczaną (można dodać do zupy).W ostateczności gotuję ryż (dużo gazu trzeba). Wszędzie są teraz wafle ryżowe, czasem kukurydziane. Mogę w razie potrzeby opisać w szczegółach konkretne miejsca. Nie jem włoskiej wędliny (coś tam w niej niestety jest), nie jem gotowych dań i nie próbowałam pure z ziemniaków, bo było w nim dużo E. We Włoszech jest sporo bezglutenowych makaronów, można nawet kupić chleb- mi to szkodzi niestety, ale ja jestem alergikiem więc to może inaczej wyglądać. Generalnie nie jest najgorzej.
      PS- zapomniałam, ja już kiedyś o tym szczegółowo napisałam o tu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *