jak chodzić po górach i się nie zmęczyć- cz2 technika chodzenia

Niektóre rzeczy z tego, co mam do powiedzenia są oczywiste. Wydawało by się, że nie warto o  nich wspominać, ale prawie każdy, kogo zabieram w góry nie stosuje się do tej odwiecznej wiedzy piechurów i cierpi.

1- jeżeli na co dzień raczej się mało ruszacie przed wyjściem na kilkudniowy trekking trochę poćwiczcie. Jeśli tego nie zrobicie nie umrzecie, ale stracicie radość z pierwszych 3-4 dni męcząc się z zakwasami.

2- chodzenie z plecakiem to nie wyścigi. Na 100% pójdziecie wolniej niż nieobjuczeni. Bardzo możliwe, że idąc swoim tempem* (co jest najekonomiczniejsze) spotkacie się z „tymi szybkimi” więcej niż raz. Klasyczny przypadek- lecą, pocą się, zieją, padają i za chwilkę znów zabiegają Wam drogę. Zawsze mi się to kojarzyło z popędzaniem stada, ale na szczęście rzadko bywam w zatłoczonych miejscach więc te doświadczenia nadal wydają mi się zabawne.

Własne tempo bardzo trudno zdefiniować. Jeśli nie macie doświadczenia sprawdźcie różne prędkości. Ja idę tak, żeby równo wydatkować energię.  Nie męczę się i nie pocę. Oddycham równo i spokojnie jak na spacerze.  Nie potrzebuję stawać żeby odpocząć. Nie mam od czego. Zatrzymuję się regularnie co 3 godziny żeby zjeść i nieregularnie żeby zrobić zdjęcia.

Latem do czasów podanych w alpejskich czy pirenejskich przewodnikach muszę doliczyć ok. 40-50%. Są liczone bez przystanków i bez obciążenia- sam czysty marsz. Standardowo dolicza się 30-40%, być może jestem nieco wolniejsza, albo moje przerwy na jedzenie czy fotografowanie dłuższe. Mogę iść bez zmęczenia ok. 12 godzin (z w/w przerwami) więc wędrowanie zajmuje mi zwykle cały dzień.

Norweskie czasy muszę pomnożyć przez 2… może odrobinkę mniej, ale taki zapas przy planowaniu bardzo się przyda. Nie znalazłam jak dotąd sposobu na szybkie przeskakiwanie bagien, pokonywanie wzburzonych rzek i obchodzenie zalanego terenu. W Norwegii często latem trafiam na śnieg, a poruszanie się po nim też nie jest jest szybkie (z wyjątkami- teraz z Lidką zjechałyśmy oblodzony kawałek na 4 literach- z braku raków).

Dla porównania – czasy na polskich szlakach są liczone z wielkim zapasem. Można nic nie dodawać.

2-Plecak powinien być dobrze wyważony. Zbyt wysoki środek ciężkości powoduje nieustanne bujanie się ładunku (i wytracanie energii) i jest niebezpieczny- bo łatwo fiknąć. Rzeczy ciężkie lepiej wcisnąć niżej, a sam plecak starannie wyregulować.

Ja lubię jak ciężar opiera się w większości na pasie biodrowym (nie na ramionach), a pomiędzy plecami i workiem jest delikatny i pozwalający na wentylację prześwit. Przy takim ustawieniu bardzo ważny jest pasek piersiowy, którego wiele osób wcale nie zapina. To on przejmuje ciężar z ramion więc musi się dać ustawić na wygodnej wysokości (raczej nie na biuście) i dać odpowiednio zacisnąć. Stosowne wyważenie plecaka reguluję długością ramiączek (hmm?) i wysokimi paskami wiszącymi z górnych zaczepów pasów na ramiona (dodatkowo mocującymi je do plecaka)- to one decydują o odległości od pleców (plus regulacja wysokości pasów dostępna od spodu plecaka- to trzeba ustawić po kupieniu-  plecak przystosowano pewnie fabrycznie na jakiś standard).

Te zewnętrzne, łatwo dostępne ustawienia zmieniam kilka razy w ciągu dnia i po każdym zapakowaniu- załadowaniu na plecy- tak, żeby ciężar rozkładał mi się wygodnie. W moim plecaku da się to zrobić idąc. Kłopotem są tylko długości- zarówno pas biodrowy jak i ten na piersi nawet maksymalnie skrócone są na mnie za długie. Sytuację z biodrowym można poprawić wypychając mocno dolne partie plecaka i pilnując czy boczne zaciągi pasa się nie poluzowały (takie małe klamerki na biodrach, u mnie wyjątkowo liche). Piersiowy trzeba w razie potrzeby wywlec i przełożyć.

Chodzenie z plecakiem to sztuka sama w sobie. Kilkanaście kilogramów to 20- 25% wagi więcej niż zwykle. Żeby się nie namęczyć trzeba chodzić inaczej niż po płaskim i inaczej niż bez obciążenia.

3-Warto właściwie używać kijków. Podchodząc idę tak jak mój pies na 4- jednocześnie prawa ręka i lewa noga i na zmianę. Łatwo wpaść we właściwy rytm, a kijek wbity mniej więcej pod kątem prostym (kąt prosty powinno mieć też zgięte ramię) pozwala się mocno pociągnąć. W ten sposób pracuje całe ciało, nie tylko nogi. Zbyt krótkie kijki są niewygodne, zbyt długie nadwyrężają mięśnie ramienia, więc warto je regulować w miarę potrzeby.

Schodząc utrzymuję ten sam rytm, ale wydłużam kijki. Opieram się na nich mocno jak na poręczach jeszcze zanim opuszczę stopy- to istotnie odciąża stawy nóg, ale obciąża nadgarstki. Jeśli kijki nie mają dobrej amortyzacji nadgarstki mogą oberwać.

Idący w ten sposób człowiek wygląda troszkę jakby jechał na nartach. Porusza się płynnie i miękko.

Stopy stawiam na śródstopiu. Bardzo istotne jest słowo „stawiam”. Łatwo się zagapić i pozwolić nodze opadać. Z tego powodu wiele osób narzeka na ból podeszew stóp czy pięt, a butom dorabia się coraz to nowsze amortyzatory. Ten problem można jednak załatwić nawet bez wyjątkowo wygodnych butów (twarde podeszwy wysokogórskich i zimowych butów są bezlitosne i nie ma rady, trzeba się nauczyć w nich chodzić).

To żeby użyć mięśni do podniesienia nogi jest oczywiste. Opuszczanie jej przy ich użyciu już nie zawsze. Niewiele osób chodzi jak baletnica (czy kot)**, a to akurat bardzo pomaga w górach. Stopę trzeba postawić na podłożu precyzyjnie i ostrożnie- bez szoku.

Druga równie często pomijana rzecz to ugięcie kolana przy zejściu. Schodzenie na sztywnych- wyprostowanych w momencie kontaktu z ziemią- nogach powoduje (i to bardzo szybko) długotrwały ból kolan. Można temu skutecznie zaradzić schodząc na lekko ugiętych- tak żeby siłę uderzenia o glebę przejęły mięśnie. Nawet niewyćwiczone mięśnie zregenerują się znacznie szybciej niż stawy.

Reasumując przy zejściu noga nigdy nie powinna być zupełnie prosta. Zbieganie w ten sposób z plecakiem jest trudne, więc lepiej unikać. Staranne zejście jest w praktyce niewiele szybsze niż podejście. Jeszcze wolniej schodzi się w trudnym terenie.

Te rady wyglądają z pozoru prosto, ale zastosowanie się do nich wymaga ciągłej uwagi. Większość z nas chodzi na co dzień mniej starannie, a w pośpiechu łatwo zapomnieć o technice. Jedną z ważnych rzeczy, których się nauczyłam chodząc- to właśnie to, że nie warto się śpieszyć. Poza bólem protestującego ciała traci się też cały „medytacyjny” aspekt długodystansowego marszu. Zaangażowanie w prawidłowo wykonany ruch daje naprawdę wielką przyjemność i uwalnia w człowieku inny sposób postrzegania świata- bardziej precyzyjny i szczegółowy.

*- tempo w grupie można wyrównać wagą obciążenia. Dla przykładu mnie i Lidkę dzieli jakieś 5 kg, i podobnie mnie i Jose – tylko w drugą stronę …  :)

**- osoby chodzące tak jak opisałam w „zwykłym życiu” łatwo odróżnić. Nie słychać ich nawet na twardym podłożu.

 

 

 

jak chodzić po górach i się nie zmęczyć cz1 -jedzenie

Jak łatwo zauważyć przeglądając bloga chodzę po górach przez około 1/4 roku. To duży i intensywny wysiłek. Wydawałoby się, że po powrocie mój organizm będzie wymagał uzupełnienia brakujących substancji czy dłuższego odpoczynku, jest jednak odwrotnie. Wracam wypoczęta i zdrowsza. W szczególności ustępują moje problemy żołądkowe. Troszkę czasu zajęło mi zrozumienie dlaczego. Dopiero niedawno poczytałam jakie właściwości ma moja odkryta eksperymentalnie górska dieta. Popatrzcie sami (jadam co 3 godziny więc tych posiłków jest sporo):

śniadanie: Zjadam półlitrową miseczkę zalanych prawie gorącą wodą płatków owsianych (w proporcji 1/3 płatków 2/3 wody). Nie lubię rozgotowanych (i oszczędzam gaz), okazuje się, że właśnie takie są najbardziej wartościowe  (jeszcze lepsze byłyby zalane zimną) mają niższy indeks glikemiczny, czyli uzyskana z nich energia wydziela się powoli wystarczając na dłuższy czas. Czasem je troszkę solę, czasem słodzę. Jadam codziennie też w domu. Nie znudziły mi się już od kilku lat.

Owies był tradycyjnym źródłem pożywienia w północnej i środkowej Europie. Zawiera najwięcej białka ze wszystkich zbóż i mnóstwo potrzebnych nam witamin. Kwas pantotenowy i witamina B1 chronią przed zmęczeniem i rozdrażnieniem. Witamina B6 poprawia pamięć, a witamina E zapobiega starzeniu. Płatki owsiane poprawiają nastrój (witaminy B, magnez, selen). Owies jako jedyne ze zbóż zawiera flawonoidy i rekordowo dużo błonnika, również tego rozpuszczalnego w wodzie, który otula ścianki przewodu pokarmowego jak kompres, żywiąc korzystne bakterie i na długo zapewniając uczucie sytości. Owsianka zapobiega też zgadze i pobudza pracę jelit. Zawarty w ziarnie owsa tłuszcz (aż 7%) to niezbędne nam kwasy nienasycone, a codzienne spożywanie płatków chroni podobno przed alergią i zapobiega miażdżycy… Aż dziwne, że to wszystko kosztuje tylko kilka złotych (w Norwegii tylko kilkanaście koron za 1,1 kg).

drugie śniadanie: kawał żółtego sera, lub suszonej wołowiny -uzupełnione suszonymi jabłkami. Jabłka pochodzą z 50-cio letniej jabłonki z warszawskiej działki moich rodziców. Są malutkie, schną w piekarniku pokrojone w dość cienkie plastry razem z gniazdami nasiennymi i skórką.  Nie wiem czy można takie gdziekolwiek kupić. Rodzice przygotowują wielki zapas każdej jesieni. Na dwa tygodnie zabieram ok 1,5 l- skompresowanego do woreczka po nieprzemakalnej kurtce. Czasem mi troszkę brakuje pod koniec.

Co o nich wyczytałam: najlepsze są własnie takie- małe, ze skórą i gniazdami nasiennymi. Niezbyt słodkie. Zawarte w skórce i „ogryzkach” pektyny oczyszczają organizm z toksyn, zwłaszcza metali ciężkich. Wspomagają też rozwój korzystnej flory bakteryjnej, zapobiegają zaparciom i obniżają poziom cholesterolu. Dzięki działaniu moczopędnemu zmniejszają obrzęki nóg.  Skórki mają właściwości dezynfekujące (to też na pewno się w górach przyda).

Jabłka zawierają sporo witaminy C, odkwaszają organizm, a suszone rosną w żołądku powodując długotrwałe uczucie sytości.

Wołowinę suszę sama przez każdym wyjazdem. Wystarczy suszarka do grzybów.

obiad- staram się ugotować zupę. Głównym składnikiem jest garść suszonych warzyw- dostępnych w dobrych sklepach. Zużywam 100 g na ok 4 dni, wiec na 2 tygodnie potrzebne mi 3 torebki. Solę, pieprzę, dodaję łyżkę oleju.  Zagryzam serem, czasem dosypię garść kaszki, wrzucę kawałek wołowiny lub nasypię orzechów czy soczewicy. Jeśli tylko mogę uzupełniam warzywa pokrzywą. W Polsce można kupić suszony koperek czy suszoną natkę pietruszki.  We Włoszech suszone pomidory. W wielu miejscach bywają grzyby. Dzięki tym dodatkom moja zupa miewa różny smak.

O zaletach warzyw nie trzeba wspominać. Najlepsze są oczywiście surowe. Moje ze względu na oszczędność gazu  lądują w kubku z zimną wodą i są podgrzewane aż do zagotowania. Czekam potem chwilkę żeby wciągnęły wodę. Nie są miękkie, ale są smaczne (już o nich kiedyś pisałam)

podwieczorek ;)) jak wszyscy lubię słodycze. Już 3 godziny po zupie jestem głodna więc przegryzam coś, co akurat mam: ćwierć kubka wiórów kokosowych (to dziwne, ale są smaczne na sucho, bez niczego innego, na wietrze warto dodać trochę wody inaczej trudno je zjeść:)), kawałek czekolady (sama jest dla mnie zawsze za słodka wiec pogryzam suszonymi jabłkami, lub ryżowym waflem), garść orzechów czy słonecznikowych ziaren (najlepiej też z waflem). W Norwegii zamiast czekolady kupuję tradycyjny norweski brązowy „serek”- uzyskany z odparowania serwatki- brunost. Ma mnóstwo kalorii (ponad 400/100g), a pod względem składu najbliżej mu do czekolady- to cukier i tłuszcz. Są dwa podstawowe rodzaje – ja kupuję lekko dosłodzony karmelem, krowi- Flotemysost. Nie wiem, czy jest zdrowy, ale trudno mi się mu oprzeć. Bardzo mi smakuje na ryżowym waflu lub dodany do ciepłej owsianki, ale bywa, że jadam sam. Na podwieczorek miewam też czasem sezamki (nie jadam innych batoników) lub sam sezam, suszone żurawiny, morele czy śliwki. Lubię suszone w całości banany (dostępne we francuskich sklepach) i zwykłe, najtańsze rodzynki (jem je zwykle z orzechami, ale bywa, że z suszoną wołowiną :)). Te wszystkie rzeczy zdarza mi się też pogryzać do innych posiłków, jeśli jestem bardzo głodna. Nie za dużo na raz, bo suszone owoce ze sklepu są bardzo słodkie. Energia z nich uzyskana wystarcza tylko na chwilkę, a potem człowiek robi się jeszcze bardziej głodny.

kolacja– prawie codziennie gotuję barszcz. Garstka suszonych warzyw, trochę suszonych buraków, kilka kawałków suszonej wołowiny (lub grzyb), czasem suszone jabłka, sól pieprz i olej. Jak mam wrzucam choriso, grzyba…

Barwniki zawarte w burakach to silne przeciwutleniacze- związki chroniące przed szkodliwym działaniem wolnych rodników. Zwiększają też (podobno aż 4-krotonie) przyswajanie tlenu przez komórki- obie te własność są w górach bardzo pomocne. Wystawienie na słońce wymaga zwiększonej ochrony przed atakiem agresywnych wolnych rodników, a przyśpieszone przez wysiłek spalanie – zwiększonej konsumpcji tlenu na poziomie komórkowym (inaczej wyhodujemy sobie w mięśniach kwas mlekowy – czyli zakwasy).

Poza tym buraki wspomagają zwalczanie wirusów (czyli pomogą na ewentualną chrypkę czy katar) i odkwaszają organizm (co na pewno przyda się po zażyciu jakiejkolwiek potrawy z puszki czy fastfoodu). Nie trzeba ich nawet gotować, ja zalewam swoje w miarę ciepłą wodą i czekam chwilkę aż zmiękną. Wychodzi z nich dobry barszczyk czerwony, a na dnie porcja gotowanych warzyw- najsmaczniejsza z dodatkowym olejem.

Suszone buraki występują w polskich sklepach spożywczych. 100 g kosztuje ok 2 zł i wystarcza mi na jakieś 10 dni.

Tygodniowo zjadam około 1-1,5 kg sera (w Pirenejach, Alpach i na Korsyce można go kupić u pasterzy) i około pół kg wołowiny (po wysuszeniu to tylko 150 g wiec można nosić spory zapas). Na dwa tygodnie wystarcza mi ok. 75 ml oleju. Potrzebuję więcej, jeśli są grzyby.

Kiedy zdarza mi się zejść na dół i mam dostęp do nieograniczonej ilości gazu (np kemping) gotuję sobie na zapas jajka. Co jakiś czas zjadam jajecznicę  (najtańsza rzecz we francuskich schroniskach), czy wciągam puszkę sardynek lub tuńczyka. W Norwegii najchętniej Sur Sild (słodkie śledzie). Na Korsyce jesienią zbieram kasztany.

Przy każdym posiłku wypijam pół litra wody, rano i wieczorem (jeśli mogę) herbatę. Piję zawsze, nawet jeśli nie chce mi się pić. Kiedy jest wietrznie i zimno łatwo się odwodnić przez zagapienie, więc taki rytuał się nieźle sprawdza.

Potrzebuję do tego 0,5 litra gazu na dwa tygodnie. Jeśli gotuję ostrożnie wychodzi mniej.

Z wyliczeń wynika, że dostarczam organizmowi ok 1800 kcal dziennie.  Ser i wołowina dają mi ok 50 g białka dziennie. Moje zapotrzebowanie to jakieś 65 g, pozostałe 15 g z pewnością mają kasze (prawie 10 g zawiera moja dzienna porcja owsa) i orzechy. Jak widzicie wszystko co jem jest wystarczające pod względem wartości odżywczych i kalorii, zawiera witaminy i błonnik, i wydaje się być bardzo zdrowe. Jest też zaskakująco tanie i lekkie.

Napisałam to, bo widuję w górach ludzi odżywiających się samymi szkodliwymi rzeczami. Konserwami (z założenia niezbyt zdrowymi- bo np bifenole w lakierach), drogimi liofilami (często z konserwantami, zawsze z wielkim i zajmującym miejsce opakowaniem z obowiązkowym kuszącym obrazkiem), zupkami w proszku pełnymi chemicznych substancji i wcale nie tak lekkimi jak się wydaje na oko, a niemal pozbawionymi witamin i białka, batonikami pełnymi cukru, utwardzanych tłuszczy i różnych E. Nie mogę tego jeść, więc mnie nawet nie kusi, ale gdybym jadła na pewno nie wracałabym z gór wypoczęta i pewnie też po tylu latach wyglądałabym już trochę gorzej. Nie zażywam żadnych suplementów diety, witamin, magnezu… itp. Nie pijam izotonicznych czy energetycznych drinków, generalnie unikam sztuczności jak tylko potrafię.

PS: ta dieta jest też dietą bezglutenową (nie bardzo restrykcyjną, bo owsianka może zawierać śladowe ilości). Już kiedyś o tym pisałam i zapomniałam zlinkować, po komentarzu Jano podaję link.

Zdjęcia pochodzą z tegorocznej Norwegii. Więcej biwakowych niestety nie zrobiłam.

jedzenie na trekking… dla alergika

Od dawna piszę o górskich ubraniach-  w tej kwestii czuję się specjalistą. Temat jedzenia powraca jednak często w różnych rozmowach i chociaż tu jestem raczej nietypowa- napiszę o moich doświadczeniach. Mogą się przydać.

Jak pewnie zauważyliście jestem w górach na tyle często, że nie mogłabym przeżyć jedząc byle co. Dwa- dwa i pół miesiąca w roku to sporo. Musiałam stworzyć sobie sposób na w miarę zbilansowaną dietę. Problem o tyle kłopotliwy, że jestem alergikiem. Nie mogę jeść wielu popularnych rzeczy między innymi -niestety-pszenicy (czyli np. makaronu i chleba). Sporadyczne zjedzenie okruszka raczej mnie nie zabije, ale powtórzenie tego w ciągu kilku dni powoduje poważne nieprzyjemności. Unikam więc wszystkich potraw, o których składzie nic nie wiem. Pewną ilość sprawdzonego jedzenia można zabrać ze sobą z Polski. Ja lubię nasze płatki gryczane- wystarczy je zalać wrzątkiem. Czasem to trochę solę, czasem słodzę, zdarza mi się nosić ze sobą odrobinę miodu. Smakowałoby lepiej z łyżeczką masła, ale noszenie go w góry jest kłopotliwe. Dosypuję więc trochę tłustych ziaren- na przykład słonecznika. Nie najgorzej smakują też pestki z dyni ewentualnie mielone migdały lub wiórki kokosowe. Trzy ostatnie można kupić w każdym kraju- najtrudniej w małym wiejskim sklepiku we Francji tam liczyłabym raczej na migdały- lub inne mielone orzechy (nie jadam arachidowych- ze względu na uczulenie, ale jeśli możecie je jeść są wszędzie). Czysty łuskany słonecznik jest trudniej kupić, więc biorę mały zapas z Polski, a potem zmieniam na to co uda mi się znaleźć.

W Polsce znam stosunkowo dużo sklepów z żywnością dla alergików- trafienie na taki sklep w górach jest niemal niemożliwe. Nie widziałam też w sklepach półek z jedzeniem bezglutenowym, ani nawet pojedynczych produktów z przekreślonym kłosem. Trzeba sobie radzić wybierając to co się da z ofert lokalnych sklepików. We Francji i we Włoszech łatwo jest kupić płatki owsiane (uwaga- nie leżą tam gdzie mąka, są raczej bliżej musli i innych śniadaniowych mieszanek, do których nie dotykam). We Francji łatwo kupić tapiokę- wystarczy ją zalać wrzątkiem i chwilkę poczekać- nie ma konkretnego smaku więc warto do niej czegoś dosypać- ja lubię posłodzić i wrzucić rodzynki. Kasza gryczana jest podobno znana, ale widziałam ja tylko kilka razy. We Włoszech w każdym sklepiku w Alpach jest polenta- kaszka kukurydziana troszkę grubsza niż ta, którą spotyka się w Polsce. Wbrew temu co jest napisane w instrukcji lepiej nawet nie próbować jej gotować- gotując na kartuszu zawsze przypala się garnek. Ja wrzucam do wrzątku (jak zawsze dwa razy mniej kaszy niż wody) i nakrywam puchowym śpiworem. Trzeba poczekać kilkanaście minut- polenta potrzebuje troszkę więcej czasu niż inne kaszki. Mi smakuje posolona z  żółtym serem, ewentualnie słodka z rodzynkami albo wiórkami kokosowymi (albo z jednym i drugim… prawie jak ciastko :)) Osoby, które jedzą pszenicę mogą w ten sam sposób zastosować kuskus- jest do kupienia we Francji. Wydaje się dość ciężki, ale po namoczeniu rośnie trzykrotnie (kuskus jako jedyny nie wymaga wrzątku, wystarczy go zalać zimną wodą).

Najtrudniej jest kupić bezglutenową kaszkę w Hiszpanii. W większych miejscowościach można trafić na chińskie jedzenie (np. makaron ryżowy, sojowy, z fasolki mung- wystarczy tylko zalać wrzątkiem i odlać nadmiar wody). Hiszpanie jadają pure ziemniaczane (ale ja go nie jem, chociaż jest szybkie w przygotowaniu i smaczne), i drobne makarony (niejadalne dla osób na diecie bezpszennej lub bezglutenowej). W najgorszym razie zostaje już tylko ryż. Poza Polską nie widziałam niestety czystych płatków ryżowych (są w mieszankach dla niemowląt). Gotowanie ryżu na gazie jest dość marnotrawne. Najlepiej go potraktować tak jak polentę, a jeśli jedno zagotowanie nie wystarczy podgrzać do wrzenia jeszcze raz- i potem znów zapakować w śpiwór (owinąwszy czymś garnek, żeby nie zniszczyć śpiwora). Można też próbować samemu robić kisiel czy budyń z łatwej do kupienia w każdym kraju mąki ziemniaczanej. Budyń – taki jak w Polsce nie jest dostępny w pirenejskich i alpejskich sklepikach. Kisiel jest w ogóle nieznany. Inne rzeczy zawierają tak dużo chemii, że nawet ich nie dotykam. W szczególności unikam zupek w proszku (nawet te bez konserwantów- zresztą dostępne tylko w Polsce- zawierają sporo niejadalnych rzeczy… no i bardzo często pszenicę), nie jadam też papek dla niemowląt- nie smakują mi.

Ponieważ nie mogę jeść chleba, na śniadanie ratuję się płatkami owsianymi zalewanymi wrzątkiem, a na obiad gotuję jakąś bardziej solidną kaszę. Staram się to jak najczęściej zmieniać, bo organizm potrzebuje różnych składników. Żeby nie pozbawić się błonnika i witamin zabieram ze sobą z Polski zapas suszonych warzyw- bez dodatków, po prostu sama włoszczyzna  (nie jest łatwo ją kupić, ale akurat jest w naszym osiedlowym sklepie, nie umiałam jej niestety znaleźć w Warszawie). Wrzucona do kaszy czy ryżu dochodzi do siebie mniej więcej w tym samym czasie, chociaż trudno powiedzieć, że jest ugotowana. Marchew zawsze w takich warunkach zostaje raczej surowa. Takie warzywa w Hiszpanii nazywają się zupa Julianny („J”to „Ch”- słyszałam tylko o tym i nie wiem czy dobrze zapisałam)- bywają w wegańskich sklepach. Łatwo je kupić na Islandii- tam są nawet w supermarketach.

We wszystkich krajach można dostać soczewicę. Czerwona gotuje się najszybciej, ale nawet zielona mięknie mniej więcej w tym samym czasie co ryż (można zmieszać). We Włoszech łatwo jest kupić suszone pomidory, a wszędzie suszone owoce. Ze względu na dodawane w procesie suszenia chemikalia (mi bardzo szkodzą), wybieram owoce suszone na słońcu (jest napisane na opakowaniu), ewentualnie pochodzące z krajów gdzie zwykle się je tak suszy (we Francji i Hiszpanii jest sporo owoców z Maroka- fig, rodzynek, moreli). Ja zabieram ze sobą także suszone przez moich rodziców jabłka-  są leciutkie, to moje luksusowe jedzenie na ciężkie chwile.

Pozostają jeszcze słodycze, które wiele osób lubi przegryzać w drodze. Ja też lubię, chociaż mój wybór gotowych rzeczy jest mocno ograniczony. Najbardziej sensowne ze względu na łatwe przyswajanie jest jedzenie landrynek (we Francji łatwo trafić na cukierki robione przez rzemieślników- nie są tanie, ale mi raczej nie szkodzą), we wszystkich znanych mi krajach bywają zwykłe miętówki, w ciężkich chwilach zdarzało mi się pogryzać ciemny cukier w kostkach. Spis składników zawartych w wielu masowo robionych słodyczach już mnie nie nawet nie zastanawia- nie mam pojęcia po co wrzucać tam wszystkie chemikalia świata… Wolę o tym nie myśleć. Może to jakiś nowoczesny śmietnik?

Czekolada z dużych serii może zawierać mniej śladowych ilości orzeszków ziemnych i pszenicy (czytajcie opakowania), ta droższa ma trochę mniej margaryny (utwardzanych tłuszczy roślinnych). Poza tym na dole jadam oczywiście owoce, w góry zwykle zabieram tylko marchew. Nie jest bardzo ciężka, a wytrzymuje bez uszkodzeń nawet kilka gorących dni.

Ze względu na te wszystkie problemy, bardzo rzadko jadam w schroniskach. Śniadanie w południowej Europie -sucharki, lub bagietki z miodem i dżemem, nie jest dla mnie w ogóle jedzeniem (tylko to serwują górskie i młodzieżowe schroniska, ale już hotele podają też inne rzeczy, z których może się udać wygrzebać coś jadalnego). Natomiast z obiadem z roku na rok robi się coraz lepiej. Górskie schroniska w Pirenejach i Alpach gotują zdrowo z dobrych, świeżych składników. W tym roku udało mi się dostać dietetyczny obiad aż 3 razy. Schronisko Agostini w Dolomitach (mówią w kilku językach) wysłuchało instrukcji co chciałabym w gotowym menu zmienić (wystarczyło poprosić o smażony na czystej patelni kotlet bez panierki i gotowane ziemniaki). Schronisko Calvi w Alpi Orobie potrafiło podać bezglutenową dietę (nie było w ofercie, ale wystarczyło poprosić)- jedzenie było naprawdę świetne- 3 dania, a obsługa dumna z posiadanej wiedzy o dietach. W Pirenejskim schronisku Goritz trafiłam na dziewczynę z celiakią, która już zamówiła dla siebie obiad, więc też się dołączyłam. Zamiast makaronu ugotowano nam ryż, a na deser zamiast czegoś w rodzaju crem caramel dostałyśmy jogurt i jabłko.

Jedzenie w schroniskach jest jednak luksusem, jest drogie, a wielu miejscach gdzie bywam nie ma schronisk. Co poza tym?

Ze względu na obecność pszenicy nie mogę jadać polskich wędlin- mogę za to jeść droższe wędliny we Francji i prawie wszystkie w Hiszpanii-widocznie mania dosypywania mąki do mięsa jeszcze tam nie dotarła. Nie mogę włoskich. Bardzo lubię jadać w górach lokalne sery. Żaden nawet zrobiony w najbrudniejszej cabanie ( baito czy bergerie) ser jeszcze mi nie zaszkodził.

Na deser herbata… albo znalezione w górach liście mięty, owoce róży, czy pędy maliny (parzyłam już i tymianek i płatki róży). Jagody, poziomki maliny, jeżyny… wiosną dzikie czereśnie :)… Latem szczypiorek, jesienią grzyby. W górach rośnie  sporo jedzenia. Napiszę o tym kiedyś.

No i to by było na tyle :)

Napisałam to mając świadomość, że wielu alergików może bać się ruszyć w obce góry bez pewności czy uda im się coś zjeść. Ciekawa jestem jakie są Wasze doświadczenia? Być może pominęłam jakieś smaczne i wartościowe potrawy?

Nie sprawdziłam jeszcze niestety jak jest w niemieckojęzycznej części Alp. Bywałam tam dawno, w lepszych dla mnie czasach, kiedy mogłam jeść więcej rzeczy.

więcej na temat mojego jadłospisu napisałam tu.