Korsyka z bardzo bliska

To, czego mi chyba najbardziej brakuje po każdym moim powrocie z gór to bliskość niedawno opuszczonych miejsc. Mniej piękna krajobrazów, czy zachwytu wywołanego przez dalekie widoki, bo te coraz częściej udaje mi się uchwycić na fotografiach, więc nie tracę ich bezpowrotnie. Wywożę ze sobą i mam. Wszyscy mamy.

Brakuje mi rzeczy niewielkich i mało istotnych. Pospolitych, ale tam w górach wyczuwalnych każdym zmysłem ciała.

Aromatu rozgrzanych słońcem igieł i ziół. Szelestu suchych liści pod stopami. Twardości ziemi, na której siadałam i próbowałam się wygodnie ułożyć do snu. Chłodu szronu i gładkości rosy, w którą zamieniały się natychmiast dotykane dłonią drobne kryształki lodu. Wrzasku ptaków o świcie. Nocnych odgłosów lasu. Zapachu dymu przylepionego do nas i naszych ubrań jak cień. Wiatru, dalekiego huku morza, aksamitnej miękkości błota, czekania aż zagotuje się kubek herbaty. Pod gwiazdami.

Nie sfotografowałam tego. Nie umiałam. Zabrałam wprawdzie obiektyw makro, ale przy króciutkim zimowym dniu zabrakło mi czasu, żeby go nieustannie zdejmować i zakładać. Takie fotografowanie wymaga zwolnienia. Myślenia, planowania, skupienia. Chyba też samotności.  Nie jestem pewna czy  w ogóle umiałabym przełożyć te wszystkie uczucia na język obrazu, ale na pewno jeszcze kiedyś spróbuję. Może kolejnym razem uda mi się troszeczkę lepiej.

Chciałabym, bo Korsyka z bardzo bliska też jest wyjątkowo piękna…

1986 Razem 3 Dzisiaj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *