Wiało, szosa błyszczała gołym asfaltem, być może nawet nie było mrozu, a siedząc bez ruchu okropnie zmarzłam. Po poł godzinie musiałam wyciągnąć kurtkę puchową, po godzinie rozważałam wydobycie z dna plecaka puchowych spodni, ale na szczęście zatrzymał się samochód. Kobieta jechała z dzieckiem do przedszkola. Na szczęście dla mnie do Brekken, bo pod koniec machałam też w drugą stronę. Glamos nie było bardzo daleko, a siedzieć na tej pustej szosie nie chciałam. Pani była z pochodzenia Tajką, ciemnowłosy i ciemnooki chłopczyk uśmiechał się do mnie zaczepnie i choć 4 km nie zajęły więcej niż kilka minut poczuliśmy do siebie nić sympatii. Dziewczyna zostawiła mnie pod sklepem, gdzie jak często w norweskich wsiach było też coś w rodzaju świetlicy z toaletą, stołami i kominkiem, i obiecała odebrać za godzinę. Droga w kierunku Roros była już odśnieżona, co najwyżej pokryta śniegowym błotem, do najbliższego szlaku wiodącego na południe zostało mi jeszcze kilka kilometrów i wymyśliłyśmy, że mnie tam podwiezie. Po drodze. Jechała na zakupy do Roros i co potem wspominałam z żalem proponowała, że mnie tam zawiezie, bo o tym szlaku, na który się wybierałam nic nie wiadomo. No i prognoza pogody taka sobie.
Wysiadłam, pomachałam, przeniosłam bagaż przez szosę i ruszyłam po narciarskim i pieszym śladzie. Gdzieś na wzgórzach, ponad lasem i moją głową słońce wspaniale podświetlało śnieżny pył. Myślałam o zdjęciu, ale w kadr wchodziły mi gałęzie drzew. Potem myślałam już tylko o drodze. Ślady prowadziły do hytte, wyżej zrobiło się miękko, i szybko, szybciej niż się spodziewałam weszłam w wiatr. Wichura narastała, ledwo się posuwałam do przodu i co gorsze widziałam coraz mniej. Na wysokości gołego szczytu z antenowym masztem znalazłam tyczki. Trzymałam się ich jak rzep psiego ogona, prawidłowo skręciłam wraz z nimi na stok i straciłam jakąkolwiek widoczność. Tumany pyłu prosto w twarz. Przeszłam 4,5 km. Znalazłam zaciszniejsze miejsce i nawet udało mi się coś zjeść. Czas uciekał, do chatki nadal było 5 km, ale już tylko troszeczkę pod górę. Wyszłam z grajdołka, który nieco mnie chronił i brnęłam do nocy. Nie dało się już nawet zatrzymać. Gdzieś na jakimś gładkim płaskim terenie, możliwe, że to był duży staw zgubiłam tyczki. To nic, że były jaskrawo pomarańczowe, zginęły. Krążyłam w zamieci i nie mogłam doszukać się dalszego ciągu. Krążyłam bez widoczności, straciłam poczucie kierunku, byłam tam tylko ja i wiatr. Kiedy w końcu zobaczyłam pomarańczowy pręt pobiegłam, choć nie byłam pewna czy idę w tył czy do przodu. Mój ślad doszczętnie wywiało, huragan wyczyścił skalne zbocza i czasem pojawiały się przede mną ciemne plamy. Miałam wrażenie, że już je widziałam, ale znikały, a ja szłam dalej, bo gdybym się zatrzymała znów zgubiłabym szlak. Szłam pod górę, a spodziewałam się, że pójdę w dół. Pomimo tego wydeptane miejsce nie skojarzyło mi się z moim postojem na lunch. Wydawało się kilkudniowe, stare.
Warunki nieco się poprawiły. Wiało w policzek, nie prosto w twarz jak wcześniej. Mogłam oddychać, mogłam zerknąć w bok to była ogromna różnica i choć podejrzewałam, że może wracam nie miałam siły spróbować jeszcze raz. Wizja nieznanej chatki bladła w śnieżycy. Szłam tak jak prowadziły tyczki aż trafiłam do opuszczonej wsi i rozpoznałam hytte, które minęłam rano. Od dróżki, co prowadziła do szosy odbijała nartostrada. Doszłam do niej i rozbiłam namiot pod starą sosną. Jedyną sosną w karłowatym brzozowym lasku. Przywiązałam tropik linkami do pnia, okopałam go z boków. Jako kotwy użyłam i kijków, i nart, i dwóch pustych toreb wypełnionych śniegiem, które niosłam na taką okoliczność. Zasnęłam bez kolacji, choć ledwo zapadał zmrok. Zdążyłam tylko rzucić okiem na górę, którą mijałam dzień wcześniej. Górę, z której spływają rzeki do trzech mórz. Północnego, Norweskiego i Bałtyku. Przesunęła się po niej plama światła. Nadzieja na łatwiejszy dzień.
Poranek był słoneczny i na tej niskiej wysokości niemal bezwietrzny. Obudziłam się wcześnie i leżąc wytopiłam termos wody. Teraz miałam już tylko jeden, półtora litra. Przelotnie pomyślałam że za mało, ale na mojej drodze była wieś, więc może uda się od kogoś dostać wodę? Nie miałam już siły wracać na wzgórza, z żalem, bo planowałam dojść do Roros, ruszyłam w kierunku jeziora Aursunden. Przecięłam szosę, kątem oka popatrzyłam na przystanek autobusowy i choć nartostrada mi się skończyła pobrnęłam na wprost przez wzgórza po gubiących się śladach skuterów. Lekko pod górę, przyjemnie. Ślady rozjechały się na grzbiecie, ale widziałam linię z prądem, zaznaczoną na mapie i wzdłuż niej dotarłam do wyjeżdżonego płozami traktu, pewnie letniej drogi. Opadała do wsi. Na parkingu wypięłam narty i poszłam dalej pieszo. Szosa była pokryta gładkim lodem pulka ciągnęła się za mną lekko, bez oporu, czasem mi się rozjeżdżały nogi.
Kończyła mi się woda, z nadzieją patrzyłam na każdy mijany dom, ale wszystkie wydawały się puste. Przed jednym stał samochód więc zapukałam. Długo patrzyłam przez idealnie umyte okno, wielkie, od sufitu do podłogi na wypielęgnowane wnętrze. Wełniany koc rzucony lekko na poręcz fotela, gitara, kwiaty w wazonie. Jakby ktoś odszedł na moment. Już ułożyłam sobie w głowie tekst, że przepraszam, że spałam w namiocie, że mały termos, ale nikt nie otworzył. 6 km dalej zatrzymał się koło mnie autobus. Starszy pan jechał w górę doliny po dzieci, ale niestety nie wracał już w dół. Zrobiło mi się żal kiedy odjechał. Poza nim nie widziałam na tej widmowej drodze nikogo. Nartostrada odbijała tuż za zakrętem. Na mapce widziałam przy niej budynek. Myślałam, że może się tam schowam, że (choć wietrznie) uda mi się wytopić trochę śniegu, lub może zostać na noc. Czułam się okropnie zmęczona. To była zawiana zaspami kawiarnia. Pozamykane domki, zakopana w zaspie toaleta. Odkopałam. Ciasna, zapchana gratami. Opuściły mnie wszystkie siły. Pomysł żeby iść dalej pod górę i potem zalesionymi wzgórzami do Roros wydał mi się zupełnie abstrakcyjny. Którędy? Po kopnym śniegu? Nie dam rady… Zresztą po co? Żeby domknąć, połączyć trasy, letnią ze Stavanger do Roros z lotniskiem w Trondheim, co może kiedyś pozwoliłoby mi iść dalej bezpośrednio z tego lotniska na północ, bo przecież został mi nieznany fragment kraju. Z Trondheim do Bodo, a gdyby iść stałym lądem do Narviku… Takie to wszystko było teraz odległe. Przypięłam narty i zjechałam do szosy po stromiźnie, którą niedawno z trudem pokonałam.
Godzinę później zgarnęła mnie studentka pielęgniarstwa. Jechała na nocny dyżur do Roros. Zostawiła mnie przed hotelem, podała numer telefonu gdybym potrzebowała pomocy. Proponowała nawet, że za kilka dni może mnie zabrać do Trondheim. Wymieniałyśmy potem SMS-y.
Tymczasem nie wiedziałam co robić. Z ulic znikł już cały śnieg. Informacja turystyczna była zamknięta, hotel drogi. Ale, że blisko spytałam czy mogę zostawić bagaż, zgodzili się. W supermarkecie poczułam się bardzo źle. Jakbym dostała zawału. Siadłam policzyłam do 10 pooddychałam i przypomniało mi się, że dawno nie piłam. Wypiłam na miejscu butelkę soku. Sił wystarczyło tylko do hotelu.
Uśmiechnięta dziewczyna w recepcji podała mi horrendalny rachunek za pokój i jeszcze 40 koron za herbatę (wrzuciłam do niej mnóstwo miodu). Zebrałam troszkę sił i ruszyłam do windy wlokąc załadowaną pulkę. Nie dałabym rady jej dźwignąć. W połowie korytarza z pokoju wyskoczył facet, około czterdziestki, może troszkę starszy i zaczął wrzeszczeć, że zniszczę mu dywan. Pulką z plastiku wygładzoną na śniegu… -Dobrze- powiedziałam- to ją zostawię- i zostawiłam tam gdzie stałam.
Przyniosła mi ją nieznana dziewczyna, dogoniła mnie jeszcze przed windą. W recepcji dowiedziała się, że szłam Norge pa Tvers. Sama wybierała się tam latem i moje samotne zimowe przejście zrobiło wrażenie. Byłam wdzięczna, chyba bym nie wróciła. Nie tak szybko.
Piłam. Spałam, leżałam, piłam i jadłam pomarańcze. Na śniadaniu siedziałam ile się dało. Wypiłam kilka litrów płynów. Kelnerka uwijała się wokół stolików jak w ukropie, strasznie zestresowana. Patrzyłam na jej fartuszek, włosy ściśnięte w kok, na wschodnie rysy. Kiedy na jakimś zakręcie z tacy upadł jej widelec podniosłam i powiedziałam coś po polsku. Była Ukrainką. Zawołała fizjoterapeutę z Czech, potem Polaka, złotą rączkę. Goście przy innych stolikach starsi, wystrojeni sztywni jak kołki i pachnący świeżym praniem (cóż, to był najdroższy hotel w okolicy) patrzyli jak rozmawiamy w trzech różnych, dziwacznych językach i się śmiejemy. Miałam to gdzieś.
Poleżałam aż skończyła się doba hotelowa i Czech przy pomocy Polaka, która okazała się niepotrzebna (nie miałam wcale tak dużo bagażu jak myślał) odwiózł mnie na początek szlaku. To było tylko 900m, ale nie po śniegu i sama bym sobie nie dała rady. Na pożegnanie obfotografował mój sprzęt, z rozrzewnieniem spojrzał na mapy.cz i mi pomachał.
Padał marznący deszcz. Szlak wiódł moreną wzdłuż ciągu jezior. Stała przy nim przytulna wiatka z obficie wypełnioną drewutnią (pełną porąbanych szczapek) i dwie chatki należące do Statskogu. Poszłam do drugiej. To było tylko 7km, ubitym szlakiem, który choć wyznakowany dla nart służył głównie właścicielom letnich domków. Ktoś nawet pojechał po nim samochodem.
Chatka była malutka, ale zadbana. Dwa łóżka piecyk i stół. Drewno w ogromnych kawałkach, belach ustawionych na sztorc na dworze. Na szczęście ktoś zostawił wewnątrz wór suchych szczap. Wieczorem pogoda bardzo się poprawiła. Nocą była zorza.
Ranek słoneczny. Bezwietrzny. Krojąc norweską podróbkę marcepana skaleczyłam się w kciuk. Krew trysnęła na podłogę, zanim znalazłam bandaż i plastry narobiłam na wszystkim paskudnych plam. Trochę je wyczyściłam, ale nie wszystkie. Skapało też na moje spodnie i na plecak. Przydał się alkohol, który niosłam razem z klejem dla Agnieszki (wyjechała w dziurawych butach). Cieszyłam się, że mąż przed wyjazdem odmówił ostrzenia mojej finki…
To musiało być bardzo głębokie cięcie. Palec krwawił przez cały dzień, musiałam zmieniać opatrunki. Może, bo niechcący go dociskałam trzymając kijek. Nie miałam czasu się nad tym zastanawiać, bo do najbliższej chatki było daleko. 30 km.
Nartostradą, potem polną drogą wzdłuż jeziora (mogłam po jeziorze, ale się bałam kruchego lodu), po lesie. I w końcu i tak po jeziorach, bo nie było już innej możliwości. Psiarze zostawili wyraźny ślad, starałam się z niego nie schodzić. Lód był zasypany grubym śniegiem, raczej bezpieczny, ale pod drugim brzegiem i w każdym przesmyku widziałam rzekę. W tych miejscach ślad sanek i psich łap odbijał do lasu i często pokonywał straszne wertepy. A ja z nim.
Pod wieczór wyszłam na szosę i przez 600 metrów trzymałam się resztek śniegu na asfalcie. W prawo w górę powinien odbić szlak do pierwszej chatki. Nie widziałam go. Gęsty las. Zaspy i gąszcz gałęzi. A dalej skuterowy ślad i kilka zaparkowanych samochodów z przyczepami. Może jakaś impreza myśliwska w tej chatce? To też mi się nie spodobało. Wróciłam do szosy. Kilka kilometrów dalej była wiatka, pamiętałam ja z lata. W tą piękną bezwietrzną pogodę wydawała się świetnym pomysłem na noc więc tam poszłam.
Nie było źle. Zmieścił się namiot. Miałam piękny widok na rzekę i dostęp do wody. Nocą pojawiła się zorza i choć w lesie nie było jak jej sfotografować miło było ją mieć i patrzeć.






































