Pireneje wrzesień 2012 cz 4

Mieliśmy tylko dwa słoneczne dni. Potem pogoda miała się załamać. Zdecydowaliśmy się nie wracać na Senal de Biados, ale spróbować pójść w górę od jeziorek. Na mapie IGN był do nich szlak troszkę poniżej naszego biwaku.., czyli jedynego płaskiego miejsca, które ukazało nam się nocą w świetle latarek. Teraz rano zaraz obok naszych głów (a namiot jak zwykle bez podłogi) piętrzyły się okazałe krowie kupy…  przy takim wietrze przepięknie podsuszone :). Aż dziwne, że nie zauważyliśmy ich wcześniej.

Spakowaliśmy się szybciutko i ochoczo poszliśmy w dół… ale nie znaleźliśmy odejścia w stronę jeziorek.

Nie było ani śladu ścieżki i ani jednego kopczyka. Nie chciało nam się błądzić bez znaków więc zmieniliśmy mój niedoskonały (a może nierealistyczny) plan i zeszliśmy aż na dno doliny,

a potem podeszliśmy na Port de la Pez.

Ładny spacer. Była niedziela więc spotkaliśmy trochę ludzi. Kiedy tędy przechodziłam kilka lat temu padał mokry śnieg. Teraz w oszałamiająco ostrym wrześniowym słońcu oglądałam zupełnie inną dolinę.

Zaskoczyło mnie też samo wejście.  Opis Olliviera przedstawiający je jako T4 ( czy nawet T5) wydawał mi się mocno przesadzony. Jest ścieżka, czyli w zasadzie nie można spaść. O ile we mgle idzie się po prostu stromą dróżką, przy pięknej pogodzie widać ekspozycję. Podziwiam kogoś kto pierwszy uznał, że można tu wejść i zejść. Bez ścieżki może i T6 to byłoby za mało, teraz kiedy ludzie wydeptali tu szlak- trasa zasługuje już tylko na T3. Swoją droga ciekawe jak to się zmienia.

Obejrzeliśmy też drugą stronę grani Bachimala prowadzącą na Pic de la Pez. Podobnie jak od strony Punta del Sabre- dla nas (z plecakami) dużo za trudna. Postanowiliśmy wrócić za rok lepiej przygotowani  i nie śpiesząc się zeszliśmy do Loudenvielle.

Miałam ze sobą rysunki dróg z Olliviera ale w żaden sposób nie umiałam rozpoznać ich w terenie. Może innym razem przetłumaczę też francuski tekst, a Jose dla odmiany przeczyta coś w internecie. Jest sporo świetnych opisów po hiszpańsku. Ten fragment gór jest bardzo stromy, więc bez opisów byłoby dużo błądzenia, trochę ryzykownie… sama już nie wiem może to wykręty? :)

Odwiedzenie Puerto de la Pez w piękną pogodę w niczym nie przypominało dnia, kiedy byłam tu pierwszy raz.

Nie tylko trudno mi było rozpoznać zapamiętane miejsca, ale nawet nie mogłam sobie wyobrazić białych krów, które tu kiedyś widziałam wydeptujących ścieżkę przez śnieg (nie było ani spłachetka śniegu), zboczonego pasa z białymi oczami… bezzębnego staruszka, który zamknął dla siebie schron. Rzeka trzymała się swojego koryta. Błoto wyschło i wyglądało jak skała.  Jedyną rzeczą, która się nie zmieniła był domek, tak samo jak kiedyś  zamknięty na klucz. Refugio Ferme. Zastanawiałam się czy staruszek żyje… czy może to wszystko mi się tylko przyśniło?

W Loudenvielle zrobiliśmy trochę zakupów i naładowałam sobie telefon. Wyłączył się, pisał że błąd systemu. Bałam się, że już po nim, ale zaczął działać. Posiedzieliśmy potem chwilę na skwerku czekając. Podłączyłam ładowarkę do gniazdka w barze na przeciwko sklepu. Miłe miejsce. Miłe małe miasteczko. Nikomu nie przeszkadzało, że jemy nocą przy fontannie, a potem że śpimy dalej przy drodze w samochodzie.

PS: Deszczową dolinę de la Pez opisałam w opowiadaniu Ślad. Od czasu kiedy tam byłam minęły już 4 lata. Nie można wrócić w to samo miejsce. To  oczywiste i nie wiem dlaczego aż  tak mnie zaskoczyło.

 

9759 Razem 9 Dzisiaj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *