Pireneje wrzesień 2012 cz 3

<—Temat łażenia bez celu nie przyplątał mi się znienacka- jest związany z wrześniowym wyjazdem i z tym właśnie dniem. Ponieważ już od dawna włóczyłam się po górach bez planów i bez ambicji, zaczęło mi się wydawać, że trzeba zrobić coś więcej. Naczytałam się opisów Aleksa (są na pirenejskim forum). Pomęczyłam Tadeusza i Edka. Na koniec przekonałam do podwyższenia naszej poprzeczki Jose.

Wyruszyliśmy w górę na Puerto de Aquas Tortes pełni ambitnych planów.

To trasa HRP i chociaż wygląda jak strome osypisko w rzeczywistości jest łatwa.

Po drugiej stronie otworzył się widok na Puerto Gistain i Masyw Posets. Oglądałam to pierwszy raz w życiu, bo chociaż byłam już w tym rejonie, nigdy nie trafiła mi się dobra widoczność. Szczerze mówiąc nigdy nie trafiła mi się żadna widoczność. Pamiętam mgłę.

Po namyśle postanowiliśmy przetrawersować na Collado Senal de Biados, kierując się śladem ścieżki na mapie Editorial Alpina. W terenie widać lekkie wgłębienie w trawach, samotny kopczyk, potem już nic.

Szliśmy mniej więcej po poziomicy aż do skalnego żebra osłaniającego żleb opadający do Anes Cruces. Jedyny problem to przekroczenie żebra- my w tym celu podeszliśmy kawałek, a potem przeszliśmy po piargach pod samymi opadającymi z grani skałami. Jak się potem okazało, można było już w tym miejscu spróbować wdrapać się wprost na grań. Dość szybko wydostaliśmy się znów na łatwy, chociaż stromy trawiasty grzbiet.

Byliśmy powyżej przełęczy, więc zdecydowaliśmy się iść dalej granią w kierunku Punta del Sabre.

Początkowo było bardzo szeroko,  potem grzbiet się wyostrzył, skała skruszała. Na kawałkach trzeba było używać rąk, ale nie działo się nic strasznego. Zginęły kopczyki. Poszliśmy dalej ściśle granią, aż utknęliśmy na ostrym żeberku. Dałoby się nim nawet iść (chociaż nie wiem czy też i zejść).  Przeszłam 5-7 metrów i byłam już prawie w połowie kiedy Jose zrezygnował. Złapał za jakiś chwyt, który się ruszał, stanął na stopniu, który mu wypadł, zachwiał się, zachybotał i przestraszył  Jednocześnie zobaczyliśmy ludzi idących wygodną ścieżką poniżej nas i zdecydowaliśmy się też zejść i spróbować następnego dnia bez plecaków. Nie miałam opisu tego kawałka. Ollivier napisał tylko, że PD, a Aleks to miejsce pominął. To nie było nic emocjonującego, być może jedyny parszywie kruchy fragment w tej grani, pech chciał, że zaczęliśmy właśnie tam.

Zeszliśmy i chociaż ja miałam zamiar podejść za miejscem, które nas zatrzymało i zaatakować Punta del Sabre z dołu, w końcu poszliśmy tak jak schodzący ludzie, normalną drogą na główny wierzchołek masywu Bachimala- Pic Schrader. Było mi żal i nawet byłam trochę zła, bo wydawało mi się, że uzgodniliśmy perfekcyjny plan… a tu taki niespodziewany opór!

Normalne wejście na wierzchołek Bachimala jest proste. Ścieżka w piargu przecina tylko jedno strome miejsce i doprowadza do przełączki pod szczytem. Trzeba się kawałek powspinać, ale nawet teraz, kiedy jedna strona grani była zalodzona i wiał bardzo silny wiatr nie było tam żadnego problemu. Zwłaszcza bez plecaka (zostawiłam na przełączce).

Postałam chwilkę na szczycie- widoki piękne, ale upiornie zimno. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że jest też i późno. Pozostało mi tylko zawrócić i przejść skalną grzędą (opisaną chyba jako bez trudności lub F) do miejsca gdzie Jose postanowił sobie poleżeć (demonstrując niechęć do zdobywania gór, na które można tylko wejść i zejść)

Doszłam, do niego ubrałam się i zrobiłam malowniczy błąd. Kierując się mapą Editorial Pireneo i mglistym wspomnieniem opisu Aleksa spróbowałam zejść do stawów i przenocować, po to, żeby tak jak to zrobił Aleks zaatakować następnego dnia bez plecaków.

Niestety grań była w tym miejscu podcięta, a na mapie ( jak to się często zdarza tej serii) poważny błąd.

Pomimo tego, że byliśmy już dużo niżej niż miejsce, gdzie jak nam się wydawało odchodziła jakaś droga, grań pod nami wciąż nie zachęcała i w końcu zeszliśmy z niej szukając innego przejścia (teraz wiem, że zrezygnowaliśmy za wcześnie, nad Ibon Bachimala da się zejść tuż przed niewyraźnym szczytem – dużo dalej niż pokazuje mapa). My minęliśmy szczyt bokiem i wbiliśmy się w niebezpiecznie kruchy i stromy trawers, a potem w pionowe trawki skąd zawróciliśmy już niemal o zmroku. Słabością Masywu Bachimala jest kompletny brak wody. Nawet gdybyśmy mieli ochotę spać na kamieniach nie mieliśmy już zupełnie co pić.

Doczłapaliśmy do zwykłej ścieżki (pod górę, bo byliśmy już niżej), a potem już w ciemności powlekliśmy się w dół. Głupio było schodzić z latarką na Collado Senal de Biados, a potem jeszcze kilkaset metrów w dół, do miejsca gdzie jak pamiętałam spod  kamienia wypływała źródlana woda. Wiało, przyszedł mróz. Spotkaliśmy po drodze dwóch Hiszpanów, nocujących nad Senal de Biados, żeby zaatakować górę skoro świt. Rano widzieliśmy ich sylwetki na grani. Miejsce gdzie utknęliśmy dawało się obejść… żal mi go było :)

I to chyba najgłupsze w całej historii. Zamiast cieszyć się niewątpliwym pięknem tych, gór, martwiłam się, że nie weszłam na szczyt, a w zasadzie nawet, że weszłam, ale nie tą co zamierzałam drogą … kompletna bzdura! To już wolę się pobłąkać :) Dopiero rano przymierzyłam plecak Jose. Potwornie ciężki. Nie wyobrażam sobie jak mogłam myśleć, że z czymś takim da się sforsować wymagającą wygibasów grań. Nawet gdybym była silnym facetem, też nie przyszłoby mi to do głowy… w sumie, to że nie jestem silna ma pewne plusy- mój plecak z konieczności jest lekki. Napiszę o tym.

 

 

1365 Razem 3 Dzisiaj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *