zimą przez tajgę cz11

Nasz przedostatni wspólny dzień był niedzielą. Leniwe przedpołudnie w chatce. Zmienna, jakby już trochę wiosenna pogoda. Słońce, śnieżyca, potem halo. Ruszyłyśmy z powrotem do Inari na chwilkę przed tym zanim dotarli pierwsi spacerowicze. Szłyśmy inaczej niż nocą, wzdłuż rzeki. Po drodze zajrzałyśmy jeszcze nad bystrza, które słyszałyśmy w ciemności. Był tam most i nowa wygodna wiatka. Piekły się kiełbaski, bawiły dzieci. Słyszałyśmy nawet jak ktoś mówi po polsku. Dalej wzdłuż rzeki po dzikim. Ktoś już tamtędy szedł, szlak był nieubity, ale prowadził otwartą przestrzenią więc cały czas towarzyszyło nam halo. W Inari wpadłyśmy na chwilkę do informacji turystycznej. Ciekawie było zobaczyć na własne oczy panie, z którymi korespondowałyśmy przed wyjazdem. Poza tym chciałyśmy zgłosić zepsutą klamkę w Mattitt Ravadas. Z tego co zrozumiałyśmy ktoś się tym natychmiast zajął. Podładowałyśmy troszkę baterie, kupiłyśmy kolejną mapę, nie zdążyłyśmy się umyć… jedyny autobus do Saariselka odjeżdżał o drugiej. Tak zrozumiałyśmy. W rzeczywistości jechał tylko do Ivalo i dalej musiałyśmy łapać stopa. Udało się po kilkunastu minutach. Któryś z kolejnych samochodów ciągnął przyczepę (ze skuterem), ucieszyłyśmy się myśląc, że tam wejdą pulki i narty, ale sympatyczny kierowca wcisnął wszystko do środka. Wysadził nas przy wyjściu szlaku i uprzedził, że jedna z chatek spłonęła. Swój człowiek. Było nam miło.

Park narodowy Urho Kekonena jest bardzo popularny zimą. Jest tam siatka idealnie zratrakowanych nartostrad, mnóstwo chatek kiedyś mieszkalnych jak wszędzie, teraz już tylko dziennych. Usunięto z nich prycze, tłok stawał się zagrożeniem dla środowiska. Nie chciałyśmy w nich nielegalnie nocować więc wybrałyśmy szlak prowadzący do wiaty. To tylko kilka kilometrów, po szybkiej trasie. Zabawnie było iść po niej z pulkami. Narciarze mijali nas pędem, niektórzy stawali żeby pogadać, byli i tacy którzy mi pomogli wciągać pulkę. Bez fok wlokłam się na stromiźnie jak żółw. Zapomniałam nasmarować sanki po kolejnym kontakcie z asfaltem w Inari i spód obkleił się frędzlami z lodu. Pewnie pomogło w tym też naprzemienne ogrzewanie (w autobusie i samochodzie) i wystawianie w kałuże i na mróz. No nic. Nadrobiłam to wieczorem w wiacie. Oskrobałam, wygładziłam i natarłam woskiem. Miałyśmy sporo czasu i miejsca. Kota (drewniany budynek przypominający lapoński namiot) była wielka, z paleniskiem i dziurą w dachu, przez którą nieźle uchodził dym. Spaliłyśmy kilka worków drewna i udało nam się utrzymać wewnątrz dodatnią temperaturę. Spałam na podłodze, tuż przy ognisku. Agnieszka zmieściła się na wąskiej ławce. Musiałyśmy spać jak susły, nie zauważyłyśmy, że rano przejechał tuż obok nas ratrak.

Share

zimą przez tajgę cz10

Pomimo tego, że nie wiedziałyśmy co nas dalej czeka, a może właśnie dlatego spędziłyśmy w Mattit Ravadas przyjemny leniwy poranek. Tuż przed wyjściem, kiedy Agnieszka tradycyjnie poszła po drewno, mające  uzupełnić wypalone przez nas zapasy urwała się klamka. Wewnętrzna cześć nadal działała, zewnętrzna wisiała. Kręcenie nią nie miało wpływu na zamek… Cóż gdyby coś takiego zdarzyło się samotnemu wędrowcy byłby poważny kłopot. Zwłaszcza gdyby rzeczy utknęły wewnątrz. Próbowałyśmy to jakoś naprawić, ale nie miałyśmy narzędzi. Udało nam się tylko zabezpieczyć przed nieumyślnym zamknięciem. Dla pewności zakleiłyśmy jeszcze zamek taśmą i wywiesiłyśmy kartkę. Niedomknięte drzwi zablokowałyśmy łopatą. Miałyśmy nadzieję, że to tymczasowe, natychmiast po dojściu do cywilizacji chciałyśmy zgłosić to lasom państwowym. Dotarcie tu na skuterze to chwila, pieszo mogło zająć więcej niż dzień. Pogoda była nieciekawa. Pochmurnie, bardzo ciepło. Śnieg kleił się do nart, smarowałyśmy je, ale niewiele to dawało. Musiało być koło zera, może i cieplej. Padał mokry śnieg. Nawigacja nie była problemem, nasz poprzednik dotarł do szlaku skuterowego, o którym wiedziałyśmy od obsługi kempingu. Nie było go na naszej mapie, ale w terenie był świetnie widoczny. Regularnie używany. Ubity. Biegł lasem, potem wąskim kanionem aż do ciągu wywianych jezior. Patrzyłyśmy uważnie na boki szukając jakiejś nieznanej nam chatki. Fajnie byłoby tu jeszcze zostać, ale wszelkie próby znalezienia czegoś ciekawego kończyły się w zaspach. Daszek- jak nam się wydawało okazywał się zwalonym świerkiem, daleki domek – bliskim mrowiskiem. Bramka spróchniałym pniem. Śnieg w lesie był tak miękki i gesty, że odechciało nam się schodzić ze śladu. Na jeziorach było znacznie lepiej, ale i tak od chatek i doliny Lemmenjoki oddzielał nas gęsty las. Po południu pogoda zaczęła się lekko poprawiać. Przez dziury w chmurach przeświecały strumienie światła. Mocno wiało, chmury pędziły, cienie przesuwały się po lesie. Było pięknie. Potem coraz jaśniej, bardziej słonecznie. W pewnej chwili zobaczyłam torbę foliową. Chciałam zejść w zaspy i zabrać, bo to śmieć, ale Agnieszka podejrzewała, że może to szlakowy znak. Rzeczywiście teren był tu bardziej mylny, rzadkie kępy drzew w połaciach śniegu- pewnie bagna. Rozglądałam się  na boki, bagna zimą są bardzo ładne i nagle usłyszałam skuter. Ponieważ na kempingu ostrzegano nas, że górnicy ciągają teraz ciężkie przyczepy i nie mogą ani się zatrzymać ani zjechać z ubitego śladu zeszłyśmy z drogi w kopny śnieg. Od razu wpadłyśmy do kolan. Tak nas zastali trzej zamaskowani panowie. Na nasz widok stanęli, pewnie mocno zdziwieni. -Podwieźć was?- usłyszałyśmy. Zgodziłyśmy się natychmiast. Może już nigdy w życiu nie zdarzy nam się podróżować z poszukiwaczami złota. Agnieszka pojechała pierwsza, nasze pulki i narty weszły do jakiejś podziurawionej rury. Trzeci skuter ciągnął spłaszczone beczki. Tak dotarłyśmy z powrotem na kemping. Było wcześnie, dopiero po czwartej, nawet nie miałam ochoty zostawać na noc, ale i tak los zdecydował za nas. Nie było miejsc. W piękne sobotnie popołudnie przeszłyśmy 10 kilometrów szosą. Na nartach. Tuż przed połączeniem z główniejszą drogą zabrał nas Fin w furgonetce. Tu już się nie dało iść. Szosę odśnieżono. Ruszyłyśmy pomimo tego poboczem i na szczęście zgarnął nas jakiś dobry człowiek.  Siedziałam z tyłu, więc słyszałam tylko strzępy rozmowy. Agnieszka przekonywała go, że wcale nam nie odbiło… tak po prostu szłyśmy sobie nocą do Inari, bo w Lemmenjoki nie było już miejsc. Wysiadłyśmy na stacji benzynowej. Znalazłyśmy supermarket, zjadłyśmy. Byłam strasznie zmęczona, ale Leśna miała plan.

Klucząc, bo szlak wygadał teraz inaczej niż latem poczłapałyśmy do odległej o 4 kilometry chatki. Była maleńka więc widząc ogień zmartwiłyśmy się, że też nie mam miejsc. Okazało się, że to grupa z hotelu. Czekając na zorzę rozpalili piękne ognisko. Odchodząc poczęstowali nas herbatą, zostawili zbywającą im wodę i pięknie nagrzaną chatkę. Nie była przeznaczona do nocowania, miała tylko jedna pryczę. Aga bohatersko ułożyła się na ławce i nawet z niej nocą nie spadła… Pomimo tego, że nie było zorzy zrobiłyśmy tam piękne zdjęcia. Ciemne, gwiaździste niebo, światło ogniska, potem wschód księżyca wśród drzew. Rano śnieżyca oświetlona porannym światłem. To już widziałam tylko ja. Leśna spała na swojej ławce jak suseł.

Share