Finlandia zimą

Fińska i norweska Laponia bardzo się różnią. To nie tylko inna kultura, nie tylko przyjazne znakowane szlaki i darmowe chatki wyposażone w drewno i gaz, których niemal się nie spotyka w Norwegii. To też inny (kontynentalny) klimat, inny krajobraz i roślinność. W porównaniu z Norwegią gdzie człowiek jest zdany tylko na siebie Finlandia wydaje się rajem. Wprawdzie bywa tam znacznie zimniej, nam trafił się kilkudniowy mróz ok -35 stopni, ale wilgotność jest bardzo niska i prawie wcale nie wieje. Można by zaryzykować twierdzenie, że niemal nie czuje się zimna, ale to tylko część prawdy. W takich temperaturach w namiocie ciągnie od ziemi i ciepłe zwykle maty przestają wystarczać. Zmarznięty tropik trudno naciągnąć, pękają nieprzystosowane do mrozu plastikowe elementy, mi skruszyła się izolacja kabelka od aparatu i klamra fotograficznej torby. Nie klei się samoprzylepna taśma. Tuż przed świtem wszystko porasta szron. Topienie wody wymaga czasu. Uzyskanie 6 litrów zajęło nam przy -35 stopniach prawie pół dnia i zużyło ok 200 g zimowej mieszanki primusa, przy -10 to samo da się zrobić w ciągu godziny- dwóch. Na szczęście nocowanie w namiocie zdarza się w Finlandii rzadko. Chatki na szlakach narciarskich i pieszych (zimą letnich znaków nie widać) stoją co kilka- kilkanaście kilometrów. Na skuterowych co 25-35 i ten dystans trudno już pokonać na nartach, zwłaszcza w lutym czy na początku marca kiedy dzień jest jeszcze bardzo krótki (nam udawało się przejść tylko po ok 20-23 km).

Tym całym dobrem zarządzają lasy państwowe -Metsahallitus udostępniające też przydatne internetowe mapy. Piszę o tym z wdzięcznością, z podziwem.  To wspaniały gest, a Finlandia jest małym krajem. To też wielkie zaufanie do odwiedzających. Domki są drewniane, łatwo w nich zaprószyć ogień. Niedomknięte okno czy drzwi grożą zasypaniem wnętrza śniegiem, ktoś mógłby też cóż zniszczyć czy naśmiecić. Na szczęście nikt tego nie robi. Regulamin wywieszony w każdej chatce jest przejrzysty i prosty. Nie zostawiaj śmieci (w kilku chatkach są kosze), zasyp urobek w toalecie wiórkami (stoją obok), przynieś z drewutni nowe drewno, wynieś po sobie popiół. Zostań na noc lub dwie (tu bywa różnie), ale tylko jeśli nie jesteś komercyjną grupą. Gdyby zabrakło miejsca wyjdź i wpuść tego, kto przyszedł po tobie. To ostatnie brzmi brutalnie, ale ma sens, skoro już się ogrzałeś, już zjadłeś, dasz radę jakoś wytrwać w namiocie. Nie zdarzyła nam się taka sytuacja, chociaż spotkaliśmy w chatkach innych ludzi. Parę Holendrów, która przyszła przed nami (ta chatka była 6-cio osobowa) i młodego Fina, który obudził nas o 4-tej rano (tylko parę minut przed naszym budzikiem), bo spaliśmy w chatce dziennej, gdzie on miał zamiar wypić kawę o świcie (wypiliśmy razem).

Wiedziałam już trochę o Finlandii planując wyjazd, o fińskich schronach pisałam już w zeszłym roku. To o czym nie wiedziałam, co mnie zdziwiło to piękno lesistego krajobrazu. Północno-wschodnia Finlandia jest niemal płaska. Łyse pagóry wynurzają się z bezkresnych lasów poprzerywanych płaszczyznami jezior. Na wysokości Sevetijarvi rosną w większości sosny, wyżej, bliżej Utsjoki i Nuorgam już tylko karłowate brzozy. Północ jest bardziej górzysta, goła, pozbawiona drzew. Wyjeżdżając myślałam, że ten płaski las będzie nudny (mieszkam w sosnowym lesie). Myliłam się. Był różnorodny i piękny. W suchym powietrzu nad rzekami (które w tym roku nie pozamarzały) zbierała się mgła. Co rano osiadała świeża szadź, czasem pierzasta, gruba nawet na 20 cm, czasem przezroczysta i szklista. Nieustannie zmieniało się światło. Niebo często bywało czyste, więc co noc podziwialiśmy zorze.

Piszę o tym jeszcze przed relacją, na gorąco, bo być może ktoś zechce pojechać tam jeszcze w tym roku. Pokrywa śniegowa ma grubość tylko 30-40 cm- w sam raz żeby mogły się wyżywić renifery, ale podobno to dużo i utrzyma się do końca kwietnia. Na północy, gdzie dociera norweski wiatr, na graniach i wzgórzach śnieg jest wywiany, jest sporo lodu i skał, niżej jest spokojniej, ciszej.

Zdjęcia to trasy: Naatamo- Sevetijarvi (29 km, popularna ubita skuterowa, bez chatek, na południowym wariancie są dwie wiaty, ale nie znaleźliśmy ich ), Sevetijarvi- Nourgam (ok 80 km-narciarska- poza ostatnim noclegiem nad jeziorem Pulmak mnóstwo chatek, świetnie oznakowana, nieubijana, ale był ślad), Nuorgam -Utsjoki (50 km, znakowana, skuterowa, niejeżdżona poza kilkoma kilometrami z obu stron, bez chatek- ta zaznaczona na papierowych mapach jest zamknięta) i Utsjoki -Ilakongas- ok 40-tu km. Pierwsze 15 km po nieznakowanym szlaku skuterowym do chatki Goahppelasjavri  (jest też bardziej stromy znakowany szlak narciarski) dalej bez szlaku (tu już trudno) do Ylakongas w dolinie Tany. Zjazdy do Pulmak i do Tany są, szybkie raczej alpejskie niż backcountry, poza tym nie ma narciarskich trudności. Na tych stromiznach konieczne są pętle hamujące do pulek. Nie trzeba mieć fok (da się podejść te strome fragmenty w butach), namiot i gaz są potrzebne na kilka noclegów i na wypadek jakichkolwiek kłopotów.

Sklepy w Naatamo, Nuorgam i Utsjoki mają wszystko co można sobie wymarzyć. Nocleg w hytte na kempingu w Sevetijarvi kosztuje 45 euro (to domek na ok 4 osoby) W Utsjoki spaliśmy bardziej luksusowo, bo małe domki były nieczynne zimą. Na obu kempingach są sauny. Nie zajrzałam na kemping w Naatamo (minęliśmy go idąc z Neiden), ale widziałam, że był otwarty. Do Naatamo kursuje norweski autobus z Kirkenes (linia Kirkenes- Alta przez Karasjok o 16-tej)  z Nuorgam fiński z Rovaniemi (ok 10-tej rano). Nie sprawdziłam dojazdu do Utsjoki. W Nuorgam można wynająć pulki (co wiem od Holendrów), ale taniej jest je kupić w internecie z dostawą np na kemping. Szlak narciarski Sevetijarvi- Nuorgam jest zwykle przechodzony z Nuorgam do Sevetijarvi i z powrotem ze względów logistycznych (nic nie jeździ zimą do Sevetijarvi). Można wracać tak, żeby nocować w innych chatkach (jest ich nadmiar), lub obejść fragment równoległym szlakiem skuterowym. Cała trasa jest piękna.

Powodzenia!

Laponia 2017- wróciłam!

Dotarłam wczoraj w nocy. Z mnóstwem przygód, bardzo zmęczona. To był trudny wyjazd. O wiele trudniejszy niż nasza zeszłoroczna wędrówka na Nordkapp. Od przekroczenia fińskiej granicy, a w zasadzie już od Utsjoki byliśmy sami, zdani tylko na siebie. Nie było znakowanych szlaków, nie mieliśmy dokładnych map. Pogoda trafiła się dziwna i trudna. Straszliwie wietrzna, ciepła, więc często byliśmy mokrzy. Zamakały śpiwory, wnętrza butów. Mokre rzeczy zamarzały nam potem na kość, a nie było ich jak wysuszyć. Pomimo raczej wysokich temperatur (zwykle -5 /-15 tylko raz poniżej -35) bywało przejmująco zimno, bo duża wilgotność i wiatr (często ponad 100km/h). Był dzień kiedy nie mogliśmy wyjść z namiotu i noc kiedy nie udało nam się go rozbić. Długo nie było sieci. Przez 10 najtrudniejszych dni nie spotkaliśmy ani żywego ducha (poza rosomakiem, ale to mała pociecha). Szliśmy przez góry niewysokie (ok 400 m npm), ale zaskakująco skaliste i strome. Kluczyliśmy, szukaliśmy przejść. Suma dziennych podejść mogła dochodzić nawet do 1000 m, ale najtrudniejsze były zjazdy- często w nieznaną, niewidoczną biel z tumanem śniegu pędzącym pomiędzy nogami 80-100 km na godzinę co powodowało złudzenie, że my też rozwijamy tę szaloną prędkość. Było sporo kamieni i skał. Na ścianach i uskokach wisiały nawisy, spadały lawiny. Wpadaliśmy w zaspy, ześlizgiwaliśmy się po gołym lodzie, przedzieraliśmy lasem. Wichura niosła nas na północ, na wschód- jak chciała. Pogubiliśmy wyszukane przed wyjazdem chatki i w końcu polubiliśmy nasz namiocik. Okazał się niesamowicie trwały. Wiatr giął rurki, zasypywał nam śniegiem przedsionki, a pomimo tego wszystko to trwało, trzymało się i zapewniało nam spokojny kącik. Opiszę to przy okazji dokładniej. Po chyba 20-tu trudnych noclegach w namiocie jesteśmy mistrzami w stawianiu umocnień :). Zrobiła się z tego ceremonia- codzienny wieczorny pogrzeb pulki (lub dwóch)- idealnego niewzruszonego deadmana z dwoma solidnymi odciągami.

Tym razem ze względu na wysokie temperatury nie mieliśmy problemu z wodą. Górskie rzeczki nie zamarzały całkiem. Topienie też szło nam szybciej, bo śnieg cieplejszy. Gotowaliśmy podobnie jak w zeszłym roku w nakrytym pulką dołku. Obaliliśmy przy tym kolejny mit- zimowy gaz primusa- trudny do zdobycia i drogi okazał się wolniejszy i mniej wydajny niż tani kupiony w sklepie spożywczym w Utsjoki- błękitne butle o nazwie Xpert wystarczały na niemal dwa razy dłużej. Pytaliście o przechylanie butli. Nie przechylaliśmy. Jeśli to zrobić gaz leje się bez opamiętania, a wrzątek wcale nie powstaje szybciej. Kładliśmy butle na boku delikatnie pochylone (mniej niż do poziomu)- bo tak pasowały do dołka i zostawał dostęp do zaworu.

Wschodnia strona Finmarku to zupełnie inne miejsca niż zachód. autentyczne, puste i dzikie. Nic na pokaz, nic dla turystów. Trudno tam i nieprzewidywanie. Żyje się powolutku, spokojnie. Nie wiadomo czy otworzą drogę, czy przypłynie tego dnia prom. Czasem zabraknie gdzieś internetu, czasem paliwa. We wsiach stoją piękne szkoły, do których dojeżdża (nawet po 50 km) po kilkanaścioro- dwadzieścia kilka dzieci. Lampki na cmentarzach palą się w  śnieżnych tunelach- jak w kloszach. Przy wywianych drogach bywają ogrzewane poczekalnie dla kierowców- czasem pojadą w konwoju, czasem przeczekają noc.  Po górach snują się stadka reniferów wygrzebujących spod śniegu mech. Poza nimi tylko linie energetyczne, kępy brzóz i wędrujący w tę i z powrotem śnieg. I my malutcy wrzuceni w to wszystko. W ten ogrom. Chyba w żadnym innym miejscu nie czułam się tak bardzo zdana na łaskę i niełaskę gór.

Zdjęcia Jose Antonio, moje się powoli zgrywają.