zimowa Laponia przygotowania cz 3- sprzęt biwakowy

Napisałam już o nartach i pulkach, zrobiłam listę zabieranych ubrań. Został mi jeszcze sprzęt biwakowy i jedzenie. Biwakowe rzeczy już mam. Początkowo chciałam pożyczyć namiot, który mi zaoferował Łukasz Supergan, ale po próbnym rozbiciu w ogródku zmieniłam zdanie. Miał kilka niegroźnych dziur. Na pewno zdążyłabym je jeszcze załatać, gorszy był stan taśm uszczelniających szwy. Były w zaniku. Do tego namiot rozbity na noc w ogródku nasiąkł. Rano był zmarznięty i ciężki (Łukasz serdeczne dzięki, dziury Ci przy okazji zaszyję, może po zaimpregnowaniu jeszcze się to kiedyś przyda). Po namyśle zdecydowałam się kupić drugiego Fjorda Nansena. Od lat (chyba 10-ciu?) używałam pałatki Faroe out, która tak pięknie oldschoolowo wygląda na zdjęciach i nigdy nie miałam problemu z nasiąkaniem materiału czy z uszkodzeniem klejonych szwów. Pałatka miała błąd, który został już poprawiony. Przeciekała na trąbie (wywietrzniku), w nowszej wersji trąbę usunięto, ja swoją skleiłam. Pomyślałam, że być może kolejny namiot tej samej firmy (bądź co bądź polskiej) spisze mi się podobnie i zamówiłam Tolimę II.

_MG_6050

To cieniutki, raczej lekki namiocik (3 kg) z dwoma dość wysokimi przedsionkami, w których powinno się dać gotować. Miejsca w sypialni jest niewiele, być może trzeba będzie spać w śledziowej pozycji głowa- nogi, ale to raczej niewielki problem zwłaszcza, że wyjścia są dwa. Namiot w zasadzie stoi sam. Jeśli nie ma huraganu wystarczy przymocować go w 4 punktach (końce przedsionków)- gdzie przygotowano zaczepy na narty. Zastanawiam się jeszcze jak uziemić sypialnię i ewentualne odciągi gdyby naprawdę upiornie wiało. Awaryjnie zrobię deadmany z foliowych toreb z tym, że rano jest to dość trudno do wydobyć z lodu. W 4 punktach można by pewnie wykorzystać kijki. Tak czy siak konstrukcja sprawia wrażenie delikatnej, ale chyba wystarczająco solidnej. Biorę na wszelki wypadek dwie stelażowe rurki, gdyby coś się nam nieszczęśliwie złamało.

Tropik Tolimy może stać samodzielnie (bez sypialni). Lubię takie namioty, bo podczas stawiania w deszczu czy śniegu sypialnia zostaje sucha. Pierwsze rozbicie tegoż tropiku, troszkę mnie przestraszyło. W rękawicach nie dałam rady naciągnąć i wpiąć stelaża w dziurki taśm spinających konstrukcję na dole. Czynność wymagała męskiej siły. Na moją prośbę rurki delikatnie skrócono (wielkie dzięki!) napisałam o tym, bo sama bym na takie rozwiązanie nie wpadła (przez lata siłowałam się z Hannahem), a takie skrócenie można bez problemu wykonać samemu.

Jedyna rzecz, która mnie jeszcze gryzie to fartuchy przeciwśniegowe. Miałam zamiar je doszyć, dostałam nawet materiał, ale teraz wydaje mi się, że nie ma po co. Namiot jest bardzo blisko ziemi, tyle chyba można zasypać śniegiem? Jak sądzicie?

Biorę śpiwór z ok 700 g puchu, Robertsa, o którym już napisałam i dwie karimaty. Harmonijkę Z-line, której używam przez cały rok i starego krótkiego Karrimora- pod tyłek (tę matę kupiłam w Londynie w 1984 roku!). Dwie powinny być wystarczająco ciepłe na śnieg.

Sporym problemem była dla nas decyzja gaz czy benzyna. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na gaz. O benzynie można usłyszeć mnóstwo historii, a to się zatka, a to wybuchnie, śmierdzi i czasem się wyleje w plecaku…

Kupiłam 5 butli zimowego gazu, a zaprzyjaźniona wyprawa gdańskich marszerów zabiera mi tę paczkę do Kilpisjarvi. Jadą samochodem. Spotkamy się tam 6-tego. Pim pożyczył mi solidny zimowy palnik, który pobiera gaz w postaci płynnej, wstępnie nagrzewa i dzięki temu zużywa go mniej. Pod koniec marca powinno być cieplej, więc prawdopodobnie wystarczy nawet zwykły gaz.

Pim pożyczył mi też duży i lekki tytanowy garnek, podejrzewając pewnie, że zabiorę mój kubeczek za 3 zł :) Pim wielkie dzięki za pomoc i rady! Jest wiele rzeczy, o których istnieniu nie wiedziałam :)

Jose ma spory i ciężki gar, z którym się nie rozstaje, a który świetnie się sprawdza przy topieniu śniegu (ma grube dno więc urobek się nie przypala). Garnek Pima jest troszkę większy więc trudno mi się zdecydować co wziąć. Chyba rozrzutnie weźmiemy dwa (można by np jeść i jednocześnie roztapiać kolejny śnieg?). Jeszcze myślę… Bierzemy też drugi, zapasowy palnik (malutki pocket rocket MSRa- ten sam co latem)- na wszelki wypadek.

Mamy 4 termosy. Ogromne po 1,5 l. Jose zaszalał i uznał, że tyle nam trzeba. Jeden na zupę, jeden na wodę. Ważyły niewiele więcej niż litrowe (dodam na usprawiedliwienie tego wyskoku). Brak termosów był naszą zmorą w zimowych górach. Wtedy nie mogliśmy już więcej nieść, teraz to pociągniemy.

Ponieważ są termosy, nie zabieramy już żadnych kubków. Tylko łyżka, nóż, Jose pewnie spakuje widelec (hrabia :))

Mam łopatkę, też od Pima, Jose ma swój garnek więc mamy czym kopać.

i to by było na tyle…( chyba?)

zimowa Laponia- przygotowania cz2- ubranie

Normalnie, kiedy wyjeżdżam w góry pakowanie zajmuje mi z pół godziny i zupełnie nie absorbuje umysłu. Tym razem jest wręcz przeciwnie (to nietrudna, ale jednak polarna wyprawa). Ponieważ nie jestem chyba bardzo dziwna na wszelki wypadek to spiszę, bo może jeszcze się komuś przyda.

Ubrania: spodziewam się temperatur od 0 do -20 stopni. Tak mówi długoterminowa prognoza. Z tego co wyczytałam o Laponii (zwłaszcza o Finlandii i płaskowyżu Finnmark) pogoda potrafi się zmienić i powinno się być przygotowanym nawet na temperatury poniżej -35 (raczej nocą)

W związku z tym zabieram kilka warstw, które można dowolnie zestawiać, a w najgorszym przypadku założyć na siebie wszystkie:

1- bielizna z wełny: Biorę kalesony Suwałki, koszulkę Abeille i starą cienką wełenkę (już nieco podartą- teraz w naszej ofercie zastępuje ją Trolla)

2- bielizna z powerstretchu– biorę ( już pełnoletnią) kajakową i legginsy 

3-druga warstwa: biorę Legginsy Polarne (podobne do legginsów z navy) i Bluzę Polarną Plus.

4-warstwa zewnętrzna: biorę spodnie z jakąś bylemembraną, które oddała mi córka i wiatrówkę Laponia- damski odpowiednik Costabony, który uszyłam sobie do przetestowania. Moje wiekowe spodnie z gore mają tyle dziur, że nikt już nie chce mi ich naprawić, więc tym razem zostają w domu.

5- na biwaki (wiele z nich prawdopodobnie wypadnie w namiocie) kupiłam sobie spodnie puchowe i grubą kurtkę puchową Robertsa.

wygląda to tak: (hmm… jak nic Katarzyna Wielka!)

Będą częścią mojego „zwykłego” śpiwora (też Robertsa) służącego mi latem i zimą od kilku lat. Spanie w kurtce i w spodniach ma tę przewagę nad jednym grubym śpiworem, że wychodzenie nie jest aż tak wielką przykrością, a zestaw jest uniwersalny i zmienny, zależnie od temperatur.

zostają drobiazgi:

skarpetki– biorę jedne z powerstretch pro (na wszelki wypadek) i 3 pary Walonek.

czapka– biorę dwie: Rycerską z windpro i ulubionego miękkiego baranka (na upał i do spania)

rękawiczki– 4 pary cienkich: dwie z powerstretch pro i dwie z highlofta i dwie pary zewnętrznych: nasze jednopalczaste z windblocka i jedne, których jeszcze nie widziałam, a które kupił mi w prezencie Jose (wiem tylko, że mają 3 palce). Chyba za dużo tego, ale nie znoszę marznących rąk.

Majtki– 3 pary wełnianych- szyjemy model, przetestuję

Maskę z aquashell i kominek

płaszcz na plecak, który bywa przenośnym namiotem- osłoną od wiatru na postojach i ratunkiem podczas wychodzenia nocą. Nie powinno padać, na cały marzec zapowiadają mróz, ale myślę, że to się przyda.

nie wiem czy to zaliczyć do ubrań, ale chyba jednak tak: ciemne okulary i gogle. 

Stoptuty i kapcie do chatek  (ponieważ moje śniegowce mają wyciągane filcowe botki zabieram tylko kapcie z tkaniny-jak jednorazowe do szpitala, żeby tych botków bardzo nie szargać).

Jak myślicie? Zapomniałam o czymś?

zimowa Laponia- przygotowania cz1 narty z pulkami

Przepraszam, że tak zaniemówiłam. Chyba nigdy wcześniej nie przygotowywałam się do żadnego wyjazdu tak długo. Daleka północ jest dla mnie nowa. Niektóre rzeczy mnie przerażają, inne powodują, że szaleje wyobraźnia. Przez ostatni miesiąc wygrzebałam z netu kilka opisów tras w miarę podobnych do naszej. Po polsku jest ich dosłownie kilka. Są ogólnikowe, ale wygląda to wszystko ciężko (np tak lub tak, autor chyba strasznie dostał w kość), widziałam jeszcze jeden, zaczynający się w Kilpisjarvi, ale zgubiłam link. Opisy anglojęzyczne są bardziej optymistyczne (i więcej w nich radości z bycia w dzikiej naturze). Dwóch facetów przeleciało podobną (równoległą) trasę w tempie, którego raczej nie powtórzymy. Jeden korzystał ze wszelkich dobór cywilizacji (to link, który przesłał kiedyś Paweł) idąc prze całą Norwegię zimą. Drugi przeszedł do Kautokeino z Tromso, rezygnując z dalszej drogi do Alty z powodu awarii sprzętu. Oba są ciekawe. Panowie przeszli tamtędy w kwietniu, przy znacznie lepszej pogodzie. Jest jeszcze relacja (naszej) Leśnej. Szwecja z marca zeszłego roku. Leśna opisuje wszystko dokładnie, dzień po dniu, realistycznie i bez zadęcia na wyczyn. Byli tam krótko. Szli we dwójkę, spotkali mnóstwo ludzi, też emerytów, przetestowali trochę technicznych patentów z czego mam nadzieję uda mi się skorzystać.

Wybór sprzętu tym razem był dla mnie trudny. Od lat chodziliśmy po górach w rakietach, teraz zdecydowaliśmy się na narty. Teren jest raczej płaski, z kilkoma górskimi fragmentami, które w razie potrzeby można będzie ominąć.

Jose zabiera skitury, ma wyjątkowo lekkie, pasują do nich jego górskie buty, a próbna trasa przeleciana testowo po płaskim nie spowodowała żadnego obtarcia stóp. Moja próba zastosowania turowych nart i górskich sztywnych butów wypadła gorzej. Wyskoczyłam w zeszły weekend do Jakuszyc i po zaledwie 10 km obdarłam sobie obie pięty. Buty były nowe, moim starym zdarzyła się katastrofa- złuszczył się vibram. Pomimo pomocy dystrybutora nie udało się ani ich naprawić, ani wymienić na takie same. W międzyczasie zmienił się model i ten nowy już na mnie nie pasował. To spowodowało wywrotkę całego systemu. Inne buty, inne wiązania inne narty…

Dzięki uprzejmości Sklepu Podróżnika mam teraz nowe, bardzo lekkie narty śladowe (Atomic Rainier) z fokami. Zamontowałam do nich wiązania X-Trace (od Tatra Trade w Zakopanym-dzięki za rady!). Są podobne do wiązań snowboardowych, czy tych w rakietach. Pozwalają na założenie dowolnego, wystarczająco miękkiego buta.  Jak sobie w tym poradzę na zjazdach pojęcia nie mam, z powodu obtarcia pięt nie miałam jak wypróbować. Wagowo jest świetnie, narty ważą tylko 2 kg, a ich nośność na kopnym śniegu na pewno będzie większa niż rakiet (to dużo większa powierzchnia).

Buty (zbyt zimne, zbyt delikatne…) były zmorą kilku opisujących swoje zimowe przygody osób więc pomyślałam, że wezmę jak najcieplejsze. Kupiłam niedrogie śniegowce z filcowym botkiem (Sorela 1964), są szerokie i trudno się je sznuruje, ale mam nasze skarpetki Walonki- wypełnię je. Butów jestem najmniej pewna. Zawsze chodziłam w górskich, tak miękkie będę miała pierwszy raz. Mam nadzieję, że to się sprawdzi.

Dziękuję wszystkim, którzy mi doradzali : Romanowi Werdonowi (Roberts Outdoor Equipment), Przemkowi Chlebickiemu i Mateuszowi ze Sklepu Podróżnika, Pimowi (NGT), Wojtkowi Szymańskiemu (Dom o Zielonych Progach) i kilku innym osobom, które o coś przy okazji męczyłam…  obyście mieli rację :)

PS: zapomniałam… nasz wszechmogący Kajetan zrobił nam dwie pary pulek z wędkarskich czarnych sanek (są do kupienia w sklepie Kiwok). To wersja minimum, długość zaledwie 80 cm (chcemy zabrać jak najmniej). Mamy sztywny hol (skrzyżowane rurki), na sanki ładujemy wodoszczelne worki (biorę kwarkowy-80l). Zaczepimy je do pasów biodrowych plecaka (dużego, tego samego co zawsze, wypchanego puchem i karimatami, czyli lekkimi rzeczami, na które szkoda miejsca w sankach).

Jeśli macie jakieś uwagi czy rady, piszcie. Zostało 5 dni, mogę coś jeszcze dokupić czy zmienić…

PS2: wygrzebałam jeszcze kilka relacji, podobnie jak opis Leśnej niegroźnych, niestrasznych, po prostu fajnych, wiec prawdopodobnie nie ma się czym martwić.

mrożone pisanki

Muszę się Wam do czegoś przyznać… I hmm…nie bardzo wiem jak. Po latach zimowego łażenia po Pirenejach nadal nie uważam się za eksperta od zimy i nadal trochę się boję wielotygodniowego wędrowania przez śnieg. Tymczasem mój niezawodny kumpel, który zwykle zgadzał się na wszystkie moje górskie pomysły (o ile nie byłby to Bliski Wschód lub Afryka) uparł się (nawet nie jak osioł, tylko jak buldożer…) i namówił mnie na radykalny zwrot.

Historia zaczęła się już latem. Szef męczony o miesięczny urlop niezmiennie odmawiał, Jose ponawiał pytania, w końcu poproszony o uzasadnienie bez dłuższego namysłu (sądząc, że i tak się nie uda) wypalił, że musi mieć cały wolny miesiąc ponieważ jedzie za koło podbiegunowe na narty … Taki argument rzucony w rozgrzanej do czerwoności Saragossie w środku pustynnego lata podziałał natychmiastowo… A… jak za koło podbiegunowe to tak!

Mój przyjaciel to człowiek solidny, jak coś obieca to robi. 5-tego marca lecimy do Tromso. Z nartami. Moje obiekcje, że przecież Jose nie jeździ na nartach zostały już doszczętnie rozwiane. Wynajęty instruktor w tydzień przerobił go na narciarza. Czy, i jak sobie poradzimy w puchu, z plecakami, z pulkami, z namiotem pojęcia bladego nie mam.

Na razie studiuję wszystkie możliwe trasy, czytam opisy, których nie za wiele, bo miejsce jest raczej bezludne, a klimat surowy. Jednym z najbardziej prawdopodobnych pomysłów jest pójście przez płaskowyż Finnmarksvidda na Przylądek Północny. Nie spodziewam się tam narciarskich problemów, ale na pewno dopadną nas inne. Większość ludzi, która była na Finnmarksvidda przed nami przechodziła ją z zachodu na wschód. Ta trasa jest bardziej popularna. Na niektórych fotkach widziałam nawet wyjeżdżony skuterami szlak, są chatki. Nam bardziej pasuje kierunek z południa na północ czyli fragment europejskiej pieszej trasy E1 biegnącej z Nordkapp na Sycylię. Niestety na ponad stukilometrowym odcinku nie ma tam jakiegokolwiek schronienia, a wcześniej i później na dziesiątkach kilometrów są tylko (pozamykane) bezobsługowe chatki (nawet wcale nie DNT). Samo w sobie wcale by mi to nie przeszkadzało, bardziej fakt, że w białym, lekko pofalowanym i wszędzie mniej więcej jednakowym terenie nie będzie żadnych punktów orientacyjnych, a idąc na azymut na odcinku kilkuset km można zupełnie, ale to zupełnie nie trafić. Czytanie opisów również nie zawsze pomaga. Wielu autorów tekstów i zdjęć przedstawia siebie jako pionierów, a swoje dokonania jako ekspedycje. Są też podziękowania dla sponsorów i listy drogiego sprzętu… nic tylko bardzo się bać.

Wypadniemy przy nich bardzo skromnie. Kupiłam dwie pary wędkarskich sanek z grubego i solidnego plastiku. Przerabiam je na pulki dla nas. Moje skiturowe narty mają już ze 20-cia lat. Podobnie zamocowane do nich wiązania- Silveretta 404 (zaprojektowane w 1993 roku :)), ale pozwalające na wpięcie zwykłego górskiego buta. Kilku rzeczy jeszcze nie mamy. Musimy kupić jakiś solidny namiot (zielona pałatka tym razem zostanie w domu), zastanawiamy się nad benzynowym palnikiem (ale niechętnie, bo jak dotąd w zimowych górach całkiem nieźle sprawdzał nam się gaz). Naszym jedynym sponsorem jest Edek Krzyżak, – który pożyczy mi swojego starego garmina … (nie wiem tylko czy uda mi się rozwikłać jak go użyć). Edwardzie dzięki:)

Do przejścia jest jakieś 600 km, statystyczna temperatura to ok -10 (najniższa spodziewana -30, najwyższa +1), długość dnia urośnie podczas tego miesiąca o ok 5 godzin, śnieg jest gwarantowany. Gdzieś po drodze trafi nam się Wielkanoc (myślicie, że spodobają nam się mrożone jajka?), może zobaczymy zorzę, może zboczymy trochę bardziej nad morze, bo czym bliżej wybrzeża tym cieplej (i tym więcej opadów, i skalistych, miejscami bardzo stromych gór). Może niewiele z tego się uda, a może, co też prawdopodobne odkryjemy cudowne tereny, które spodobają się też i Wam?

Mamy kilka wariantów tras, wszystkie bardzo hipotetyczne. To, którą z nich wybierzemy i czy ostatecznie wylądujemy na Nordkalottleden, na Lofotach czy w drodze na Nordkapp okaże się pewnie na miejscu. Linki do stosownych map są tutaj: Norwegia, Finlandia

Piszę o tym już teraz, bo może mi coś doradzicie. Tylko nie odradzajcie, bardzo Was proszę :)