Hiszpania pieszo cz12 Costa del Morte

Za Bares wróciłam na nadmorski szlak, biegł jeszcze ponad 20 km i to był jego najpiękniejszy odcinek. Wspaniałe turkusowe plaże otoczone skałami. Po drodze trafiłam na domowe pomidorki. Babcia sprzedawała nadmiar z ogródka, pycha. Wieczorem zrozumiałam dlaczego szlak już się skończył, bagnistą zatokę przecinała kolej i szosa. Żadnego miejsca na pieszą dróżkę. Pogubiłam się tam strasznie i zamiast na zachód poszłam z 10km na południe. Być może to był znak… nie zrozumiałam. W nocy, w lesie trafiłam na dwa samotne domki. Pani z pierwszego wpuściła mnie z namiotem do sadu. Sąsiedzi poczęstowali brzoskwiniami, a rano donieśli kawę. Nie polubiły mnie tylko ich psy, ujadały przez całą noc. Rano znów błądziłam. Z labiryntu nieużywanych dróg, pozarastanych kolcolistem i jeżyną wyprowadził mnie spaniel bardzo podobny do tych co szczekały. Szedł ze mną z 10 km i znikł przy pierwszym szlakowym znaku. I tak nie doszłam do Santo Andre de Teixido, poddałam się 200m nad wsią na punkcie widokowym. Miał stamtąd opadać szlak, ale zarósł i musiałam wędrować szosą. Jak dotąd prawie mi się to nie zdarzało i nie było wcale takie złe. Bez jeżyn i chaszczy… szłam teraz na południowy zachód wzdłuż wybrzeża, bez szlaku kombinacjami leśnych dróg, ścieżek. Czasem plażami czasem niestety po szosie. Kapałam się w oceanie, raz biwakowałam na plaży. Cały czas biłam się z myślami gdzie iść, gdybym chciała trzymać się wybrzeża musiałabym obejść ogromną zatokę rozdzielającą Ferrol i A Coruña, wąską jak fiord, ale bardzo długą, nie chciałam bo to strasznie nudne, i bo nie miałam już tyle czasu. Agnieszka powstrzymała mnie przed objechaniem jej autobusem, prom nie pływał na tej trasie od lat… ostatecznie zdecydowałam się obejść dalej od brzegu. Zeszłam na Camino Ingles, nawet się ucieszyłam, bo są na niej alberques. Marzyły mi się prysznice, kuchnie.. Pierwsza do której doszłam-Neda była zamknięta, widziałam przez okno plecaki więc zaczekałam. Powiedziano mi, że nie ma miejsc, wszystko zajęła zorganizowana grupa. Pertraktowałam i obsługa pozwoliła mi zostać w komórce na szczotki. Przyszła burza, siedziałam sobie w śpiworze, a pani strażniczka oznajmiła, że mam się wynosić. Ktoś podobno zadzwonił gdzieś i doniósł. W deszczu wynosiłam rzeczy na dwór partiami. Spałam pod okapem, jak żul. Do tego o 6 rano 2 godziny przed świtem jakaś pańcia zaplątała się w sznurki parawanu jaki sobie zrobiłam z namiotu i mnie zbudziła. Nie wiem co robiła na tyłach budynku, szacowni pielgrzymi wyruszali tak wcześnie bo mieli przejść aż 17km. Wyszłam po 8 a i tak ich dogoniłam, pomachali mi jak gdyby nic się nie stało nocą. Pewnie mnie nie poznali. Do wieczora machnęłam 2 odcinki camino, kolejne albergue znów było pełne, więc wynajęłam locum u Antonio co miał 80 lat i kilka mieszkanek w centrum. Szłam jeszcze tym szlakiem do południa, 38km od Santiago skręciłam na zachód i pod wieczór zgubiłam się w dawnej kopalni węgla. Weszłam tam polną drogą z terenu spalarni śmieci. Ktoś grodząc teren zapomniał chyba o tym przejściu. Inne poprzecinały płoty. Chodziłam, wracałam, jakieś hale, opuszczone maszyny. Nawigacja radziła skręcić w wiadukt lub wejść na ogrodzoną autostradę. Teren przecinały linie kolejowe, część w wykopanych kanionach, i nasypy nie wiem nawet z czym. Była też rzeczka w betonowym korycie i jeziorko. Ani żywej duszy. Czułam się jakbym chodziła po Prypeci. Przerażający wymarły świat. Chwilę przed zmrokiem dotarłam do budynków na mapie.cz nazwanych Pazo czyli pałac. To pewnie były biura kopalni. Przeszłam już przez kilka płotów, więc teraz pokonałam kolejne, przede mną otwierały się dwie drogi. Wybrałam na chybił trafił. I dobrze, bo trafiłam na wieś. Byłam nieźle wystraszona. Dobrzy ludzie nakarmili mnie i przenocowali i rano pomogli przedostać się za linię kolejową.

Za Cerceda szłam leśnymi drogami do Verdes gdzie moja mapa widziała schrony turystyczne. Nie znalazłam ich, było zbyt ciemno, ale znów trafiłam na dobrych ludzi. Para staruszków prowadząca bar otworzyła dla mnie nieczynny hotel i nakarmiła tak, że mogłam tylko stać lub leżeć.

Rano zeszłam wzdłuż rzeki do Ponteceso. Padał deszcz, nierozsądnie zjadłam coś gotowego w supermarkecie i ruszyłam szlakiem latarń, niestety skróconym o 50km, nie miałam już czasu żeby wrócić do Malpica. Camino los Faros jest śliczne. Ścieżka trzymająca się wybrzeża. Kolejno obchodziła skaliste półwyspy lub zanurzała się w lesistych zatokach. Niestety dokuczał mi żołądek. Mdliło mnie, nie miałam ochoty jeść, potem rozwinęła się z tego biegunka i w Muxia musiałam iść do apteki. Ponieważ nie miałam czasu, moje noclegi nie trafiały w miejsca gdzie były hotele, i tylko raz w Laxe zanocowałam w cywilizacji. Hostel Bahia był bardzo zabawny. Manuel miał pralnię i suszarnię, co to wszystko wysuszy do rana, a kiedy zadeklarowałam ręczną przepierkę wręczył mi kostkę czarnego mydła wielkości cegły. Pachnę nią do tej pory:).

Wczoraj też mi się udało spać pod dachem. Restauracja przy plaży dla surferów miała miniaturowy domek pod spichrzem. Byłam już tak strasznie zmęczona żołądkiem, że padłam i przespałam 12 godzin. Dzisiaj też miałam trudny dzień. Mdliło mnie i byłam strasznie słaba. Nie dałam rady dojść do Finnisterre szlakiem latarń. 26km i 900m podejścia, zmieniłam go na camino, znakowane, krótsze i łatwe, i tak dowlekłam się do finnis terre- końca ziemi, jak sądzili rzymianie dalej nie ma już nic. Dobry punkt, żeby wrócić do domu:).

Ponieważ wczoraj obeszłam półwysep Turiñan,najbardziej wysunięty na zachód punkt Hiszpanii, a wyruszyłam z Cap de Creus- najbardziej wschodniego, przeszłam wszerz całą Hiszpanię!

Jutro wracam do domu.

PS: zdjęcia z telefonu, po powrocie pokażę lepsze

Share

Hiszpania pieszo cz11 Galicja

Galicja nie bardzo mi się spodobała i kilka dni zeszło mi na dziwieniu się. W Asturii nie było uprawnych pól, w Galicji kukurydza aż po horyzont, a jeśli łąka to świeżo polana gnojówką. Musiałam raz na takiej biwakować. Poza tym zmienił mi się krajobraz, zamiast gór wybrzeże, ładne, ale w wielu miejscach chaotycznie zabudowane brzydkimi nowobogackimi domami, rozrzuconymi po dawnych pastwiskach jak śmieci. Nie wiedziałam, że tak mnie ucieszy krowa… pasła się jeszcze gdzieś jedna pomiędzy już sprzedanymi działkami. Nadbrzeżny szlak bardzo się starał pokazać wszystkie resztki starej zabudowy, skromnej, pewnie kiedyś biednej, ale pięknie wpasowanej w krajobraz. Najstarszy zachowany dom był z 13 wieku i niczym nie różnił się od tych z 19, dopiero potem wszystko się wysypało.

Po dwóch miesiącach w górach dziwiły mnie też miasta. Kiedyś rybackie, dzisiaj chyba żyjące z turystów. Foz, Burela, Vivario, w san Cibrao kopciła huta aluminium, szlak długo omijał port. Najbrzydziej było przy słynnej Playa Catedrale, do tego tłok prawie jak u nas. Czym dalej na zachód tym bardziej dziko i tym ciekawiej. Zachowały się połacie wrzosowisk nad niewysokimi, ale ładnymi klifami. I czasem kilka rodzimych drzew, ale naprawdę malutko. Galicyjskie lasy to prawie w 100% eukaliptusy. Wyglądają egzotycznie, są nie do przejścia, bo podszyt to nadal wrzosowisko czyli mieszanka kolcolistów wrzosów i jeżyn, w cieniu poprzerastana orlicą.

I są dziwnie, przerażająco ciche. Nie ma tam ptaków, jest mało owadów, nie gryzą komary czy meszki. Już trochę do nich przywykłam, ale przez pierwsze dni raziły mnie. Przecież tak niedaleko, w Asturii szumiały mi dęby i brzozy, eukaliptusy szeleszczą jak papier, a woda, w którą wpadną ich liście jest czarna.

Jedyny plus to zapach.

Na wybrzeżu nocowałam na kempingach lub w hostelach. Jakoś nie było gdzie się rozbić. W ostatnim na mojej planowanej trasie, w ślicznym malutkim porcie O Barquera zostawiłam plecak i grzbietem półwyspu pobiegłam do latarni na Punta Estaca de Bares. Po drodze był fajny schron, tam można by zanocować. Za latarnią można przejść jeszcze kawałek w stronę cypla. Spotkałam tam Pedro, studenta z Cordoby, był tak miły, że odwiózł mnie do hostelu chyba bym już nie dobiegła do południa, to jednak był kawał drogi. Półwysep jest długi.

Dopiero kiedy piliśmy kawę poczułam radość. Plan został zrealizowany. Przeszłam przez całą północ Hiszpanii.

W zasadzie mogłam już wracać do domu, poszło szybciej niż się spodziewałam, myślałam żeby skoczyć jeszcze w Pireneje z Jose, ale zupełnie nie było jak. Wszystkie bilety na południe i wschód były wykupione już od miesięcy. Kończyły się hiszpańskie wakacje. A chłodna północ jest popularna, wiele osób przenosi się tu na całe lato.

Mąż upolował mi lot z Santiago de Compostella, ale dopiero za 11 dni. Pomyślałam, że dojdę pieszo… i idę. Może Los chciał żebym jednak polubiła Galicję, a na to potrzebny był dłuższy czas.

PS: Zdjęcia z telefonu, po powrocie pokażę lepsze

Share