Norwegia w poprzek cz4- Storerikvollen i Sylan

Noc była mroźna, rano śnieg iskrzył jak brokat i skrzypiał. Szlak biegł inaczej niż zaznaczono na mapy.cz, ale mężczyzna, który pracował dla DNT wstał wcześniej niż ja i widząc, że się wpatruję w mapę wskazał mi drogę. Teraz znakowały ją czerwone krzyże, jak w Szwecji. W śniegu rysował się lekko zawiany ślad. Słońce wstawało zza dalekiej Forollhogny, wiatr niósł rozświetlony pył, z komina chatki zaczął unosić się dym, widać obudzili się też studenci. Złapałam zasięg i wysłałam wiadomość do Agnieszki. Odpisała zanim znikła sieć. Uporała się już z wiązaniami (kupiła nowe i pasujące do nich buty) i zamierzała wrócić w góry i pójść moim śladem. Opisałam jej w takim razie ważniejsze miejsca, te gdzie miewałam problemy.

Szlak biegł doliną, łagodnie bez większych podejść i zejść. Przechodząc strumień (był most) weszłam w pas cienia, pomiędzy drzewka pokryte piękną szadzią. Późniejsza trasa zlała się w mojej pamięci w jedno. Monotonny trawers z okazjonalnym przedzieraniem się przez krzaki, wyraźny ślad łap, dużych jak moje dłonie, który wzięłam za odciski stóp rosomaka. Jaskrawy błękit nieba i bezkresna biel. Tu śniegu było pod dostatkiem, miejscami brnęłam i wpadałam w zaspy, w których lądowali też moi poprzednicy. Teraz już widziałam, że było ich trzech i jak podejrzewałam musieli to być mężczyźni. Nie wiem skąd ta myśl, ale okazała się prawdą. Trzech Szwedów. Wszyscy zostawiamy po sobie ślady w chatkach. W książkach trzeba wpisać nazwisko, miasto, skąd i dokąd się idzie… Z biegiem lat coraz bardziej mnie to denerwuje i bywa że bazgrzę, albo coś pomijam. Numer członkostwa i data powinny przecież wystarczyć do rozliczeń, zresztą gdyby ktoś miał ochotę kręcić wpisze cokolwiek.

Po południu śnieg osiadł i zmiękł, szłam wolniej. 20 km i zajęło mi cały dzień. Kiedy zobaczyłam budynki DNT słońce chowało się już za horyzont. Na krótkim, a stromym zjeździe wywróciła mi się pulka i ponieważ jechałam zbyt szybko ja też. Oblepiłam się przy tym jak bałwan.

Zimowe schronisko leżało w ostatnim budynku, zabytkowym i na swój sposób pięknym jak inne, to musiało być stare gospodarstwo. Odłożyłam oglądanie na później. Czułam się zmęczona. Otworzyłam kłódkę, oparłam narty i kije o ścianę, wytaszczyłam torbę z pulki. Wnętrze było bardzo ciepłe, jakby moi poprzednicy wyszli przed chwilą, lub może siedzieli dwa dni i domek porządnie się rozgrzał.

Klapnęłam przy stole z niedopitą resztką z termosu. Nie chciało mi się rozpalać, w zasadzie nie chciało mi się nawet ruszyć. Miałam nadzieję, że będę tej nocy sama i niczym się nie muszę przejmować. Ale choć zapadł już zmierzch przyszli ludzie. W okienku mignęła kobieta w kombinezonie z kapturem okolonym futrem, jakby wystylizowana na polarniczkę. Ładnie wyglądała. Miała długie, mocno obładowane pulki. Pomachałam jej. Jeszcze nie wypiłam do dna kiedy do jadalni wpadł facet. Zwykle ludzie mówią dzień dobry, czy jakieś „hej” i zajmują się swoimi sprawami, a jeśli o cokolwiek pytają, to które miejsca są wolne, lub gdzie jest woda. Czasem, ale to dużo później o imię. Ten stanął na mój widok jak wryty (nie zamykając za sobą drzwi) i zasypał mnie gradem pytań. Nie zdążałam odpowiadać, nie dawał mi dojść do słowa. Dlaczego siedzę? Skąd jestem? Jak to z Polski, ale skąd w Norwegii?- Znikąd- powtórzyłam- mieszkam w Polsce- niemożliwe, wszyscy tak mówią. Czy ty w ogóle masz jakiekolwiek doświadczenie? Zimowe? Z tej Polski?

Tego było dla mnie za dużo. – Z Polski żadnego- uściśliłam, ale z innych miejsc jakieś 3500 km na nartach i niewiele mniej w rakietach. W Norwegii byłam już na Nordkappie i na Nordkinnie, przeszłam zimą Lofoty i Finnmark Plateau, w Szwecji przeszłam przez całe góry zimą, a była też Finlandia, Pireneje, nawet Alpy choć tam mniej.

Teraz zamilkł, więc odpowiedziałam też na pierwsze pytanie. Nie napaliłam, bo było mi ciepło. Nie spytałam go o doświadczenie, ani nie wyjaśniałam gdzie mieszka. Wyrwało mi się tylko jedno -dokąd idziecie?

Myślałam, że może wzdłuż przez całą Norwegię, albo coś równie szalonego i wielkiego, więc kiedy odpowiedział, że do Storlien zamarłam- przyszłam z wybrzeża- powiedziałam zdziwiona- tam prawie wcale nie ma śniegu. Nie będzie łatwo z tymi dużymi pulkami.

Zajęli pokój na górze i facet zajrzał do mnie już tylko raz. Zabrał mi drewno. Zwykle poprzednicy nanoszą do kuchni zapas, tym razem zostało tylko kilka szczap. Nie wiedziałam nawet gdzie jest drewutnia, nie widziałam napisów na budynkach. Stopiłam trochę śniegu na gazie i poszłam spać.

Strop nie był izolowany i noc przerywał co jakiś czas potężny łomot. Coś z przeogromnych bagaży wywracało się i grzmociło w podłogę? Brzmiało jak stal.

Rano znów ucięliśmy sobie miłą rozmowę. -Czy te twoje narty w ogóle mają jakieś krawędzie?- dotknij- powiedziałam -tylko ostrożnie są ostre.

-Czemu ta pulka taka malutka nie masz namiotu?- Mam, jest w środku- a śpiwór? Masz jakiś ciepły śpiwór?- tak, waży kilogram i jest w plecaku.- My mamy profesjonalny polarniczy sprzęt- wyjaśnił z dumą, widzisz te materace- wskazał długaśne torby na pulkach-wystarczy tylko wyrzucić i można spać, a namiot jest od razu przygotowany do rozbicia, pałąki pospinane, w razie sztormu rozbiję go w pięć minut!

Ugryzłam się w język i nie spytałam czy już to sprawdził. Przypomniała mi się wietrzna noc na Finnmarksviddzie, przed laty. Nasz namiot malutki i okrągły (jak iglo) przetrwał, choć mocno go zasypało. Trzyosobowy tunelowy Hilleberg dwójki Norwegów, którzy biwakowali z kilometr od nas załamał się i złożył wpół. Czy rozbiłabym swój w 5 minut w dobrą pogodę? Wątpię, pewnie potrzebowałabym 10, przy sztormie mogłabym go sama wcale nie rozbić. Dlatego sypiałam w schroniskach. A oni też. Na całej trasie do Storlien mieli do dyspozycji łańcuch schronisk. Ile się trzeba będzie natargać po schodach z tym całym super profesjonalnym bagażem… -Mogę to sfotografować? – spytałam, a on się zgodził.

Od Agnieszki dowiedziałam się potem, że byli to Norwegowie z Trondheim. Nie mieli żadnego doświadczenia, tego dnia kiedy się spotkaliśmy ruszyli ze swojej chatki po drugiej stronie jeziora. Przeszli jeszcze dwa odcinki do Schutzhytte i z Prestoyhytte wrócili do domu. Agnieszka oceniła ich jako miłych. O nic jej nie wypytywali.

Poranek był mętny. Ledwo widziałam wspaniałe góry na wprost mnie. Szlak Norge pa twers skręcał na południe w stronę Stugudalen nie ocierając się nawet o granicę. Pomyślałam, że pójdę do Szwecji. Wszerz to wszerz, pod morza do granicy kraju. Mogłabym tam zrobić pętlę i poczekać w ten sposób na Agnieszkę. A może pójść do schroniska Sylarna i wziąć prysznic. Przydałby się bardzo.

Było pod górę, choć wcale nie tak stromo jak myślałam. Na granicznej rzece wisiał most, minęłam ratunkowy schronik. Wyżej pogoda nieco się poprawiła i kiedy zobaczyłam płaskowyż beztrosko porzuciłam szlakowe krzyże i poszłam na wprost. Było tak pięknie, pusto, bezkreśnie. Bez śladów ludzi, bez dróg. Trochę kluczyłam, niechcący wpakowałam się w skały, ale nic nie niszczyło mojego zachwytu. Kocham taką otwartą przestrzeń. Kocham bezludzia. Pod wieczór mocno się ochłodziło i mój zapał do zabiwakowania na dzikim osłabł. Daleko na zboczu rysowały się dwa punkciki. Porównałam je z mapą i choć nie byłam pewna, były malutkie i dość niestety daleko pognałam.

Światło żółkło. Za plecami słońce zaszło kolorowo. Gładkie półkoliste szczyty po lewej nakrywał coraz ciemniejszy róż. Punkciki rosły, ale bardzo powoli i dopiero w błękitnym świetle zmierzchu zobaczyłam w nich szpiczaste dachy schronu i drewutni czy toalety. Pojawiły się też szlakowe krzyże, od razu dużo. Schron leżał na skrzyżowaniu. Malutki, dwuosobowy. W kącie pół worka drewna. Nie rozpalałam, bo to zapas dla kogoś w potrzebie, miałam ciepłe ubrania i gaz. Niczego mi nie brakowało.

Share

Laponia 22 cz 25 autostopem przez Finlandię, Pyha Luosto.

Chciałam zwiedzić muzeum i Per Anders podwiózł mnie do Varangerbotn chociaż protestowałam, że nie trzeba. Całe szczęście, bo akurat tego dnia miało być zamknięte wcześniej. Została niecała godzina i z tego powodu sympatyczna kobieta wpuściła mnie tam bez biletu. To nie jest aż tak duże muzeum jak w Inari, ale tu również ciekawie pokazano kulturę i historię Samów, było sporo świetnie zachowanych przedmiotów życia codziennego i ubrań, i mała wystawa współczesnego rzemiosła wyłoniona w cyklu corocznych konkursów. Był też czajnik, herbata. I byłam sama, więc mogłam sobie wszystko obejrzeć w spokoju (lepiej byłoby tylko bez pośpiechu). Wyszłyśmy razem. Kobieta jechała autobusem i kiedy powiedziałam, że wracam stopem chciała mi zafundować bilet do Tana Bru (żeby nie niszczyć mojej autostopowej historii). Bardzo mnie tym zdziwiła, bo nawet nie przyszło mi na myśl, że 2500 km przez Europę jest jakimś autostopowym wyczynem. Dla mnie było najprostszym, najbardziej ekologicznym sposobem powrotu. Bez planowania, bez spalania paliwa (co trzeba by je kupić od Putina). Bez pośpiechu. Nie miałam nic przeciwko autobusom i nic przeciwko kupieniu sobie biletu, ale akurat nie było trzeba. Przyszłyśmy na przystanek za wcześnie i niemal od razu zabrała mnie para młodych ludzi- Finka z Izraelczykiem. Jechali do Nuorgamu. Zapadał wieczór, dzień zrobił się już bardzo krótki. Postałam chwilkę na opustoszałej szosie, zmarzłam i poszłam do najbliższej chatki. Tej gdzie nocowaliśmy kiedyś zimą z Jose. Słońce pięknie zaszło nad jeziorem. Mgły wspaniale snuły się po dolinie Tany. Drewno było suche i porąbane, jak to w Finlandii. Ranek mokry, zimny. Szosa równie pusta jak wieczorem i pożałowałam, że nie pojechałam po norweskiej stronie jak radziła pani z muzeum. Tam byłby na pewno większy ruch.

Mokłam pod sklepem chyba z godzinę zanim zatrzymała się dziewczyna z dziećmi. Nauczycielka, jechała na spęd reniferów. Bardzo chciałam dołączyć i nawet spytałam czy to możliwe, ale powiedziała, że to rodzinne święto. Czas kiedy się wszyscy spotykają, mogą być razem. Sama nie miała stada, ale co roku pomagała bratu. Miło mi się z nią rozmawiało.

W Utsjoki zajrzałam do sklepu, gdzie kiedyś zimą zdobyliśmy gaz. Teraz wydał mi się skromniejszy, mniejszy, miejsce po spalonej wtedy informacji turystycznej było puste, lokalny artysta podwiózł mnie kilka kilometrów za kościół gdzie kiedyś odbiliśmy z Jose w góry. Sam zajrzał do restauracji na przeciwko, wspomniał, że tam sprzedaje drobiazgi, pamiątki z rogu. Omal tam sama nie poszłam, tak było zimno, ale trafiła się kolejna okazja i przesunęłam się do kanionu Kevon.

Była niedziela i nikt zupełnie nie jechał. Czarny mężczyzna co eksportował do Senegalu używane samochody prawie mnie minął i zahamował z piskiem opon. -A jak dobrze, że ta bryka hamuje… Opowiedz coś, bo robię się senny, jechałem wczoraj przez całą noc, teraz tylko do najbliższej kolei. Nadam ten samochód i padam… Rozmawiałam z nim aż do Inari. Tu też nie zostało mi dużo czasu na muzeum, ale zdążyłam. Lubię muzea Samów. Poza ekspozycją to zwykle piękne nowoczesne budynki, ciepłe, wyposażone w internet, że tylko siedzieć. Kupiłam sobie na pamiątkę książkę i już po zmroku ruszyłam do chatki, którą pokazała mi kiedyś Agnieszka. Była pusta i przytulna jak wtedy.

Rano wsiadłam w autobus do Ivalo i pojechałam odwiedzić Maćka. Minęło już kilka lat odkąd wyprowadził się z całą rodziną do Finlandii, byłam bardzo ciekawa jak mu idzie. Jak dzieci, czy udało im się zaaklimatyzować w nowych szkołach?. Przy okazji przejechałam się (jako balast) psim zaprzęgiem. Psy już zaczęły treningi przed zimą. Chłopcy Maćka dorośli i pomagali w kenelu. Wyspałam się u nich i odpoczęłam. Dopiero w cieple, w pościeli poczułam jak bardzo mi to było potrzebne.

Zaplanowałam, że wsiądę w autobus i podjadę do Parku Narodowego Pyha-Luosto, ale zaspałam, wyszłam za późno i nie zdążyłam dobiec na przystanek. Z opresji wydobył mnie miejscowy chłopak, podwiózł mnie na kolejny, a tam zanim podjechał autobus zatrzymał się kierowca co wracał do Rovaniemi po odwiezieniu grupy turystów do Saariselka.

Wysiadłam na upatrzonym wcześniej przystanku autobusowym w szczerym polu. To tu właśnie na mapie zaczynał się szlak. Początkowo znalazłam tylko błotnistą drogę, później kilka pomarańczowych znaków, kładki na bagnach i most. Za nim wspaniałą leśną chatkę. Miałam czas, uzbierałam pełen garnek borówek. Cudownie było siedzieć w zapachu sosnowych i świerkowych igieł, wilgotnego mchu, starego butwiejącego już drewna, którego tu nikt nie sprząta (jak u nas) i ono wraca do obiegu przyrody żywiąc i goszcząc cały wszechświat owadów, bakterii, porostów i mchów. A węgiel, który więziło w sobie stopniowo przez całe życie uwalnia się też bardzo powoli, latami.

Wstałam wcześnie, ale jakoś mi uciekł czas i kiedy zobaczyłam jak wspaniale różowieje niebo na wschodzie ruszyłam biegiem w stronę niedalekiego wierzchołka. Nocą spadł lekki śnieg, skały były śliskie i troszkę się niestety spóźniłam. Słońce oświetlało już gołoborza. Wydobywało z gąszczu pojedyncze pokręcone drzewa. Skrzyło się ogniście na świeżym szronie. Na północ ciągnął się bezkresny las, gdzieś za nim musiały leżeć moje góry, ale stąd już ich nie było widać. I było pięknie. Siedziałam, patrzyłam.

Do południa wędrowałam granią. Marznąca mgła osiadała na drzewach i skałach, świat zbielał jakby już przyszła zima. Zdążyłam jeszcze nabrać wody ze stawu i w samotności wysączyć kubek herbaty kiedy zaczęli się pojawiać ludzie. Rowerzyści, biegacze. Większość na szosie, która przecięła mi drogę. Tuż za nią stała mała kawiarnia, zajrzałam, zjadłam owsiane ciastko. I kupiłam sobie słoiczek dżemu. Robionego w domu, borówkowego. Jakoś nie pomyślałam, że szkło jest ciężkie, że mam już ze sobą kilka książek. Wybrałam mniej popularny szlak i znów wędrowałam samotnie lasem, czy raczej puszczą. To jest odpowiedniejsze słowo. Gąszczem, knieją. Nie wiem czy u nas kiedykolwiek widziałam taki las. Pod wieczór trafiłam na kolejną kawiarnię, już zamkniętą. Panie właśnie wychodziły. – Jaka szkoda, marzyłam o gorącej herbacie!- westchnęłam- zostawiłyśmy ją w ocieplanym kartonie- Zajrzałam, była skarbonka i cennik. „Jakie to sprytne”, pomyślałam najpierw i zaraz przypomniało mi się, że nie mam monet. -To nie płać- nie przejęły się panie- Smacznego!

Do nocy doszłam do dużej chatki, dziennej i już bez drewna. Nie przeszkadzało mi to. Cieszyłam się, że jestem sama, bo tylko ze 2 km niżej był parking i w każdej chwili ktoś mógł tu przybiec na ognisko, na krótki postój… Jeszcze kilkadziesiąt lat temu to była sypialna chatka, po pryczach zostały miejsca na ścianach. Ale Pyha i Luosto rozrosły się i koncepcja użytkowania parku się zmieniła.

Szlak nadal biegł pięknie, lasem i po połoninach z dalekimi widokami na obie strony. Co kilka kilometrów stała chatka, jadłam wygodnie, piłam gorącą herbatę. Troszkę mnie tylko bolał kręgosłup, tak ostrzegawczo więc miałam nadzieję, że to mi przejdzie. Ludzi tu już prawie nie było. Za daleko od szos i parkingów. Wysokie gołoborza pokrywał lekki śnieg. Mącznica była tak jaskrawoczerwona, że aż świeciła. Samotne brzozy i sosny pogięte, powykrzywiane. Górski staw częściowo już zmrożony. Słońce zaszło już kiedy dotarłam do chatki. Czy raczej grupki zabudowań z kilkoma miejscami na ognisko i wiatkami i jednym dużym domkiem, jak mówiła mapa znów dziennym. Pomimo tego nocowały w nim już dwie dziewczyny. Finki co studiowały w Rovaniemi. Postanowiłyśmy spać na zsuniętych razem (po dwie) ławkach. To był miły, wieczór. I dla nich i dla mnie ostatni. Trzeba wracać…

Rano cieszyłam się jeszcze kilkoma kilometrami szlaku. Widziałam z góry piękny kanion, szłam wąwozem po ścieżce z drewna, co miała pewnie chronić skały przed zadeptaniem i w szronie, w słońcu wyglądała jak wstążka ze światła.

Od szosy zabrała mnie para, która jechała do Kemijarvi do secondhandu. Dalej kobieta z łosiem do uwędzenia. I już w Rovaniemi Turek, taksówkarz- znał lepsze miejsce do łapania stopa niż to gdzie stałam. I to prawda było lepsze. Zanim zmarzłam podszedł koleś z dredami i zaproponował umowę. Zabiorą mnie do szwedzkiej granicy, jeśli wrócę z nimi na moment do Finlandii i pomogę przewieźć dodatkowy snuss. -Rozumiesz po kilogramie na głowę-. Nie rozumiałam, mogli przecież sami przejść czy przejechać dwa razy, a najlepiej raz przejść, raz przejechać, ale chyba im to nie przyszło do głowy. Sklep ze snussem był pełen Finów, przejście graniczne puste, nikt nie pilnował. Kiedy zakładałam plecak tuż za mostem zabolało mnie w kręgosłupie. Pomyślałam, że to przez niewygodę w furgonetce i skręciłam do baru -Dzień dobry- powiedziałam- czy mogę najpierw do toalety?- dziewczyna kiwnęła głową, więc zrzuciłam plecak z jednego ramienia, pochyliłam się żeby go opuścić na podłogę i tak zostałam. Myślałam, że się rozpłaczę z bólu.

w pierwszej galerii jest Nuorgam, Inari i Kalmankaltio, druga to Pyha Luosto.

Share
Translate »