Norwegia w poprzek cz6-Stugudalen

Mętnie, biało na białym. Niewiele widziałam. Kępy karłowatych brzózek, szlakowe krzyże. Wąski wiszący pieszy most. Początkowo próbowałam nim przejść, i nawet kawałek tak pokonałam, ale znudziło mi się i zjechałam na lód. Był twardy i ktoś przede mną już go w tym miejscu pokonał. Na rozstajach przysiadłam na chwilkę. Przez moment myślałam żeby podejść do Szwecji, a przynajmniej kawałek w tamtą stronę. Na granicy stał ratunkowy schron, blisko, mniej niż 10 km. Ale było wcześnie, więc wypiłam kubek herbaty i poszłam dalej. Ślad moich poprzedników zachował się tylko w cieniu skał. Brakowało, niektórych szlakowych znaków, ale pogoda robiła się coraz lepsza i kiedy podeszłam blisko strzelistych gór pojawiła się dobra widoczność. Nad urwiskiem kotłowała się chmura. Wspaniale było obserwować jak próbuje się odkleić od grani i nie może. Jak szarpie się, zwija i rwie, rzucając groźne cienie na pionowe śnieżnobiałe ściany. Po drugiej stronie gór nadal musiał wiać silny wiatr. Tu było cicho. Jasno, niewiarygodnie pięknie. Nie spodziewałam się takich widoków, choć na mapie widać było, że muszą tu być. Agnieszka opowiadała że ten kawałek był najbrzydszym jaki zapamiętała z przejścia Norwegii. Nie zdążyłam zapytać dlaczego. Być może oczekiwała czegoś innego. Mnie jak zawsze zachwycił widok gór. Szłam powoli, robiłam za dużo zdjęć, było mi żal gnać, podejrzewałam zresztą, że nie ma po co i i tak utknę w namiocie. I być może spokojnie bym go rozbiła, ale okazało się, że nie ma gdzie. Za łagodną, lśniącą od lodu przełęczą szlak długo ciągnął się niewygodnym trawersem, po gołych powywiewanych skałach. Końcówka była oblodzona i stroma. To nie był łagodny zjazd. Raczej coś podobnego do schodów. Na grzbietach lód, lub skała (naprawdę dużo tam było łysych skał!), przy podstawie uskoku kopnie i miękko. Upadałam regularnie, na jednej z wywrotek zrobiłam głupi błąd. Zdjęłam nartę żeby wygodniej wstać, łatwiej mi wypiąć wiązanie niż zdjąć plecak, ale jej mocno nie wbiłam i uciekła. Gdyby nie marna pokrzywiona brzózka, goniłabym ją aż do jeziora, ze 300 metrów w pionie. Przed samym schroniskiem wywróciłam się jeszcze raz i utknęłam w puszystej zaspie. Zupełnie nie mogłam się z niej wykopać. Gdzie nie stanęłam wpadałam jeszcze głębiej, a że było to w krzakach nie mogłam położyć płasko nart i się na nie wdrapać (tak zawsze robię na miękkim). Wyszłam z tego oblepiona jak bałwan. Schronisko było otwarte, bez kłódki. Przypomniało mi się, że Austriacy żartowali, że może ktoś ją sobie zabrał na pamiątkę. Zapadał zmrok, nie znalazłam wody, nie widziałam szopy na drewno. Dopiero po chwili odkryłam w zimowej sali kaloryfery i resztkę wody beztrosko zostawioną w garze. Była sieć i prąd, ale na nic już nie miałam siły. Padłam. Rano zrobiłam zakupy w samoobsługowym sklepiku i pomyślałam, że przejdę do Szwecji. Strasznie mnie tam ciągnęło. Do wyboru były dwie trasy. Główny szlak, który zaraz za schroniskiem wspinał się ponad las i drugi, letni, prowadzący wzdłuż jeziora Sylsjon. Kusił bardziej, bo tam jeszcze nie byłam. Nie wiem co mi strzeliło do głowy, żeby nim iść. Ten narciarski doprowadzał do głównej trasy Sylarna-Helags i dalej musiałabym pójść tak samo jak zimą 2020. Schronisko Helags też jakoś specjalnie mnie nie kusiło. Od Agnieszki dowiedziałam się potem, że je zamknięto, że z powodu tłoku na tych trasach schroniska zostaną zmniejszone. Może dobrze bo to, co zapamiętałam było ogromne i nieprzyjazne. Wielkie budynki z mnóstwem brzydkich szop, linia z prądem, może i droga. Beztrosko porzuciłam szlakowe krzyże i spróbowałam znaleźć ten drugi, mniej oczywisty szlak. Pogubiłam się od razu. Z mapy wynikało że szlak i droga powinny się przeciąć za jakiś czas więc poszłam drogą. Lub miejscem gdzie powinna być droga, czasem musiałam sprawdzać w nawigacji, tak ją zawiało, czasem brnęłam po resztkach śniegu na żwirze. Strasznie to wolno szło. Nie było znaków, czy śladu, jakby nikt tędy nie przyszedł ze Stugudalen. Dziwne, może pomimo ostrzeżenia w schronisku ludzie chodzili jeziorem? Byłoby dużo prościej i bliżej i być może gdybym wybierała się do Stugudalen tak bym poszła, ale kusiła mnie Szwecja. Szlak czy droga doprowadziły do murowanego budynku z oznakowaniem elektrowni. Całe stoki pokrywały wykopy i drogi, pozostałości kopalni, wyjścia z tuneli i wyrobiska. Teraz, kiedy większość była pod śniegiem nie wyglądało to bardzo źle, ale latem musiało tu być okropnie i może to właśnie zapamiętała Agnieszka. Z ulgą skręciłam w górę po śladzie skutera. Widoczność była tak słaba, że ślad wydawał mi się darem z nieba. Skończył się jednak po kilometrze przy zamkniętym domku. Wiatr rwał chmury i czasem docierało do mnie słońce. Widziałam powierzchnię jeziora, z wywianym, miejscami wytopionym lodem. To było małe jezioro Falksjoen. Ze 3 km dalej nad wielkim jeziorem Sylsjon powinien pojawić się fragment drogi. Byłam pewna, że jakoś tam dotrę. Próbowałam i po skałach, jak letni szlak i po lodzie (ale uciekłam, był zbyt cienki). Nie dotarłam nawet do połowy i się poddałam. Minęły dwie godziny, a pokonałam tylko kilkaset metrów, wiało w twarz, niewiele widziałam, nie wiedziałam co będzie dalej, upadałam i wpadałam w zaspy co krok. Kluczyłam w skałach, schodziłam z uskoków. Raz pojawił się widok na przeciwległy brzeg pełen nawisów na bardzo stromych skałach. Chmury przykleiły się do tej doliny i choć wiatr wyszarpywał z nich strzępy, a słońce było bardzo blisko i raziło, widoków prawie nie było. Odwróciłam się z wiatrem i wróciłam po własnych śladach. Przez kilka kilometrów szłam drogą, po rozwidleniu szlakiem rowerowym, który też był gruntową drogą. Miejscami było na niej tak mało śniegu, że wędrowałam wzdłuż. Chmury odpływały i pod wieczór pojawił się widok na jezioro. Środkiem jechały dwa skutery… Mogłam też tak pójść! Byłoby szybciej, ale teraz już było za późno. Szłam wysokim trawersem kilkaset metrów powyżej jeziora i weszłam w wiatrowy cień. Jak przyjemnie! Cicho z coraz częstszym widokiem, za plecami pojawiły się góry. Upatrzyłam sobie wygodne wzniesienie, oddalone od drogi i osłonięte z trzech stron brzózkami. Na północ miałam otwarty widok. Na Sylarnę, na ewentualną zorzę. Podobało mi się. Rozbiłam namiot, ugotowałam sobie codzienna zupę i wypełniłam herbatą termosik. Słońce zaszło czerwono, ucichł wiatr. Kiedy obudziłam się pierwszy raz niebo było gwiaździste i czyste. Dla pewności czy nie ma zorzy zrobiłam zdjęcie. Kolejne po jakiś 3 godzinach. Tym razem nie miałam wątpliwości zielony łuk obejmował pół nieba i pomimo tego, że świecił księżyc, akurat w pełni zorza była dobrze widoczna. Wstałam potem jeszcze raz i choć tropik zdążył zesztywnieć od szronu (a ten namiot ma bardzo małe wejście) założyłam zamrożone buty (zostawiam je zawsze w przedsionku, a do wnętrza zabieram tylko wewnętrzne botki) wypełzłam i wyjrzałam. Zorza zgasła, zachodził księżyc. To była piękna noc, choć zbyt dobrze się nie wyspałam.

Ranek był śliczny. Bardzo mroźny. Śnieg chrupał, namiot nie zmieścił się do żadnego worka, tyle na nim ponarastało lodu. Wcisnęłam go jakkolwiek. To już nie miało znaczenia, do Stugudalen zostało kilka kilometrów, a na mapie wypatrzyłam tam kemping. Poszło łatwo. Droga płynnie przeszła w nartostradę i już po zratrakowanym (choć pojeżdżonym skuterami) zjechałam do szosy prosto pod sklep. Obok była informacja turystyczna. Starsza pani, która tam pracowała zadzwoniła na kemping, po drugiej stronie ulicy. To w zasadzie wcale nie był kemping, tylko miejsce dla kempingowców z domkami. Ale mieli jeden domek dla takich jak ja, dla tych co wędrowali szlakiem. Kosztował jak na norweskie warunki grosze, tyle co schronisko DNT i był cały dla mnie. Mili ludzie, naprawdę się przejęli, że przyszłam.

Zrobiłam ogromne zakupy i poczułam się jak emerytka na wczasach. Bardzo przyjemnie!

Share

Norwegia w poprzek cz5

Nad ranem zerwał się silny wiatr. Obudził mnie i już nie zasnęłam. W chatce było tylko jedno okienko, niewiele widziałam, więc co jakiś czas wychodziłam patrzeć jak wstaje dzień nad Sylarną. Było pięknie. Nie śpiesząc się natopiłam do termosów śniegu i wyruszyłam w stronę schroniska Sylarna z myślą o pokoju i prysznicu. Wiało w twarz, naprzeciw mnie sunęły tumany śniegu, które choć niebo było błękitne wyglądały jak gęste niskie chmury. Może było w tym też trochę chmur… Wszystko to zlało się w jedno, blask raził. Podchodziłam na przełęcz i czym wyżej tym było trudniej. Niewiele widziałam, z trudem przesuwałam się do przodu, a wiatr narastał. To było jednocześnie piękne i groźne, gdybym była bardziej zdeterminowana pewnie osłoniłabym czymś twarz i jakoś bym się przez ten armagedon przebiła. Bywałam przecież w takich miejscach. „Tylko po co?” chodziło mi po głowie coraz częściej. Znałam tę trasę, tuż przed schroniskiem wchodziła w kanion, stał tam wprawdzie ratunkowy schron, już kiedyś nawet w nim spałam, ale teraz niczym mnie nie kusił. Na tym płaskowyżu jest więcej schronów, a drogi do ciepłego prysznica broniła wąska dolina. Wyobraziłam sobie jak wbija się w nią strumień puchu, jak kręci i przestawia zaspy po ścianach. „Brr”…Pomyślałam. Nie było jak zerknąć na mapę. Odwróciłam się plecami do wiatru. Wspaniale. Taka ogromna różnica! Postałam tak kilka minut i poszłam w dół. Teraz poruszałam się bardzo szybko. Co za ulga!

Zanim ponownie dotarłam do swojego schronu minęła mnie para. On szedł pierwszy, w cienkiej czapce i okularach (nie solidnych goglach jak ja, nie opatulony kapturem), ona skulona za jego plecami. Pomyślałam, że są bardzo odważni. „Pewnie przyzwyczajeni” przeszło mi przez myśl i przez chwilkę było mi żal, że stchórzyłam.

Przy chatce wiało jak oszalałe, śnieżna mgła zalewała budynek do połowy, ale już kilkaset metrów dalej było cicho. Jak ręką odjął. Stanęłam zdezorientowana. Za moimi plecami nadal szalał biały tuman, chmury zlewały się z górami, znikały szlakowe słupy. A tu cisza… „To musi być wiatrowy cień Sylarny” dotarło do mnie i natychmiast postanowiłam to wykorzystać. Zamiast do Blahamaren (gdzie jak sądziłam też powinien być prysznic) skręciłam w kierunku pięknych gładkich wzgórz i przez cały dzień włóczyłam się po płaskowyżu. Wspaniale, dziko i w pełnym słońcu.

Wiatr zerwał się równie nagle jak wcześniej ustał. Było już popołudnie, prawie wieczór. Przede mną pełzały śniegowe macki, grań była niewyraźna, rozmyta. Z żalem obejrzałam się w tył. Wróciłam kilkadziesiąt metrów i złapałam prognozę pogody. Armagedon, huragan przez cały dzień, a wieczorem też świeży śnieg. Gdzieś trzeba to będzie przeczekać. Do wyboru było Blahamaren lub Storeriksvollen, wybrałam Norwegię. Czego by nie mówić o DNT ich chatki są prawie o połowę tańsze niż szwedzkie, zwłaszcza, że wykupiłam zniżkę na norweskie i w Szwecji płaciłabym pełną kwotę.

Byłam za daleko żeby zejść przed nocą, musiałam zabiwakować w ratunkowym schronie, który minęłam wcześniej na granicy. Był identyczny, jak ten gdzie spałam. Prawie bez drewna, z jakąś marną resztką, której podobnie jak poprzedniej nocy nie tknęłam. Wiało tak, że trudno było otworzyć drzwi do toalety, trudno wyjść, bo wszystko pokrył wywiany lód. Nocą wiatr łomotał linami, które utrzymywały budynek w pionie, rzęziły, jęczały, a mogły zagrać jak harfa eolska. Ociepliło się i spadł marznący deszcz. Świat obrósł świeżą warstwą lodu. Nie mogłam spać, a że był zasięg łapałam jakieś wiadomości z fb. Odezwał się Mateusz Waligóra, gdzieś z Finnmarksviddy. Myślałam, że może idzie naszym śladem, przez 10 lat nikt jakoś naszej trasy wzdłuż płaskowyżu nie powtórzył, ale wybrał krótszy wariant, w poprzek, niżej, z chatki do chatki. Tak jak poprowadzono szlak DNT. Tą drogę też już widziałam, ale jesienią i w porównaniu z tym, czego doświadczyliśmy z Jose w marcu 2016 wydawała mi się bardzo łatwa. Wtedy nie było wyboru, bo rzeki, ale zimą na północy cały świat stoi otworem. Ciekawa byłam dlaczego Mateusz nie może spać, ale jakoś go nie zapytałam. Gryzła mnie myśl co jest nie tak, ze mną, ze światem. Dlaczego wszyscy chodzą po szlakach, a ja bez i często takie wyznakowane przez kogoś obcego trasy mnie nudzą, a pociągają mnie nieznane bezdroża. W górach i w życiu, choć niektóre muszą przecież prowadzić donikąd.

Wstałam wcześnie i wyszłam jeszcze długo przed świtem. Jaśniało już, za granią pięknie zachodził księżyc w pełni. Trasę zjazdu pokrywał goły lód z wystającymi co i rusz letnimi kładkami. W lesie ponarastało kopnych zasp, a wszystkie stare ślady zawiało. Został tylko jeden, dziewczyny z obsługi Blahamaren, którą minęłam już na dole. Szła z psem, troszkę ją ciągnął, ale i tak była to bardzo trudna droga do pracy. Współczułam.

Do Storerikvollen dotarłam długo przed południem. Zdążyłam napalić, nagrzać wody i umyć włosy zanim nadeszła para Szwedów. Tych samych, którym minęłam poprzedniego dnia. Podeszli już tylko kawałek po tym jak mnie minęli i zawrócili do Blahamaren. -Myślałam że jesteście bardzo odważni- zaśmiałam się- bardzo głupi!- zaśmiał się Magnus. Astrid musiała to wydarzenie odespać. Mieliśmy dwa pokoje, pełen luksus. A w Blahamaren wcale nie było prysznica, trwał remont i w zasadzie niczego nie było. Mała salka z kilkoma łóżkami. Dlatego szli do Sylarny się umyć. Śmialiśmy się z tego bardzo wieczorem. Mili ludzie.

Przed nocą dotarło jeszcze dwóch Austriaków. Szli z Nedalshytta i kilka dni wcześniej rozpadły im się wiązania, tak jak Agnieszce. Były z wypożyczalni w Storlien i udało im się je wymienić na inne, ale stracili dzień i teraz się nieco śpieszyli. Poszli nawet skrótem przez jezioro. Spali na górze, więc nadal korzystaliśmy z luksusów.

Wiatr niestety wyczyścił ich ślad, a sama nie odważyłam się wchodzić na lód. Wiedziałam, że miejscami jest wytopiony, jezioro było zaporowe, więc niezbyt pewne. Widoczność słaba. Poszłam brzegiem wzdłuż krzyży przez świeże zaspy i krzaki. Do Nedalshytte było 24 km, głównie w górę, byłam przekonana, że nie zdążę. Wychodząc wahałam się nawet czy nie zaczekać. Agnieszka spodziewała się być w Storerikvollen wieczorem. Tylko potem wybierała się do szewca w Szwecji i do koleżanki w Dalarnie i i tak musiałybyśmy się rano rozstać. Szkoda mi było dnia, nie zaczekałam.

Share
Translate »