Pireneje Zachodnie marzec 2011 …koniec :)

12 marca

Mallata GabarditoPrzy schronisku nie było szlaku, ale rano znaleźliśmy jeden biało- czerwony prostokąt szukając wody.  Bardzo słabo widoczna ścieżka przekraczała koryto strumienia i wspinała się  łagodnie zalesionym, oblepionym świeżym śniegiem zboczem. Widoki zasłaniały chmury, czasami widzieliśmy tylko fragmenty poskręcanych skał, cień Pena Collarada, za nami, lub dalekie zamglone wierzchołki nad korytami strumieni po lewej. Było ciepło. Koło zera, śnieg lepił się i sklejał. Szliśmy powoli, gałęzie nie były przycięte i przepychanie się wąziutką, chyba mało uczęszczaną ścieżką, wśród ośnieżonych drzew z wielkimi, okrytymi płaszczykami plecakami nie było szybkie. Wszystkiego czepiały się uwieszone do plecaków rakiety. W porównaniu z wczorajszym „letnim” podejściem, które zrobiliśmy w przewodnikowym czasie, tu, być może z powodu zimowych warunków, znów zaczęliśmy mocno zwalniać.

To piękna droga, chciałabym powtórzyć ją kiedyś latem. Koło południa dotarliśmy do zaznaczonych tylko jako czarne prostokąciki, caban na Mallata Lecherin.  Jedna, otwarta i całkiem przyzwoita miała nad drzwiami napis Refugio Forestal. Nie wiem dlaczego nie zaznaczono tego na mapie. W środku były dwa metalowe łóżka bez materacy. Działały okna i drzwi. Z dachu kapało, ale mniej niż w Mallata Gabardito.

Malata Lecherin

Powyżej bacówek szlak wchodził na chwilę w szeroki, wypełniony głębokim śniegiem płytki żleb. Znaki zniknęły, pewnie zasypane, z trudem wypatrzyłam kopczyk skręcający w lewo, na strome i nieprzyjemne w tych warunkach podejście. Rakiety ślizgały mi się straszliwie, pod warstwą świeżego śniegu był lód. Padało i nie chciało mi się zmieniać ich na raki schowane w dobrze zabezpieczonym przed deszczem plecaku. Jakoś tam wdrapałam się na wierzchołek, żałując, że nie mam dodatkowych bocznych zębów, które dokręcił swoim rakietom Jose.

We mgle niewiele było widać. Ufając swojemu instynktowi i mapie szliśmy na przód i w końcu nad kolejnym białym wzniesieniem ukazał się  dach Refugio Militare.

Refugio Militare

Było po czwartej. To wygodne schronisko. Nie chciało nam się już dalej iść. Rozwiesiliśmy mokre rzeczy,  roztopiliśmy śnieg, posiedzieliśmy chwilę w wygodnej jadalni. Było drewno do kominka, ale tylko duże klocki i bez siekiery nie udało nam się ich porozbijać. Spaliliśmy wszystkie niepotrzebne papierki, nawet torebki po zupkach, ale uzyskany z nich ogieniek nie wystarczył. Szczapy nie zajęły się. Nie martwiliśmy się. Nie było naprawdę zimno.

Wieczorem bure niebo rozdarło się na chwilę pokazując dolinę którą przeszliśmy rano.

13 marca

Obudziłam się o świcie. Wygodnie było spać w miękkim łóżku. Przez  okienko sączyło się blade światło. Myślałam że wciąż pada. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to co widzę z piętrowego łóżka, to pogrążony w cieniu śnieg.  Już po chwili na grani powyżej nas pojawiła się cieniutka, pomarańczowa kreska.  Zapowiadał się piękny, słoneczny dzień.

Wnętrze Ref Militare

Wyszliśmy wcześnie. To znaczy… ja wyszłam, szkoda mi było dłużej tam siedzieć. Na mapie zaraz za schroniskiem zaczynała się droga, pnąca się potem kilometrami po stokach wzgórz. Zimą nie było po niej ani śladu. Głęboki śnieg pokrywał cały kocioł. Było cudownie. Głupio, z przyzwyczajenie, które kazało mi trzymać się mapy, z potrzeby  zrobienia dobrego zdjęcia… z nudów, nie lubię czekać, przeszłam kilkaset metrów trawersem wokół otaczającego schronisko kotła nie czekając, aż dogoni mnie Jose. Powinnam była zejść na całkiem nieodległe dno i znów podejść.

Colado Madalena

W złoto- pomarańczowym świetle łatwo było zapomnieć, że wczoraj padał tu śnieg. Wcześniej nasłonecznione zbocza musiał pokrywać lód. Jak wszędzie. Teraz wszystko było równo przysypane puchem.

Przed samą przełęczą zbocze zrobiło się  strome. Miałam zamiar przekroczyć nawis jakieś 20 m powyżej siodła. W sumie nie wiem dlaczego, równie dobrze mogłabym zejść i podejść na wprost przełęczy, tam też nawis nie był duży. Rakiety zaczęły mi się ślizgać. Myślałam że znów uda mi się wejść bez problemów jak wczoraj. Zostało mi tylko kilka trudnych metrów. Colado Madalena to płaska szeroka przełęcz, żadnych problemów, byłam przecież na drodze… Popatrzyłam w tył. Jose Antonio wyszedł już ze schroniska i szybko zbliżał się moim śladem.  Zrobiłam zdjęcie. Daleko w tle, chmura wlazła na Pena Collarada zasłaniając dolinę Ip. Rakieta znów niebezpiecznie zjechała kawałek. Popatrzyłam w dół. Nic strasznego, tylko gładki wypłaszający się na końcu kocioł. Najwyżej zjadę, pomyślałam naiwnie, przeszłam jeszcze ze dwa kroki pośliznęłam się i straciłam równowagę.

Pena Collarada

Lewa, niższa noga pojechała, a prawa utknęła gdzieś w śniegu. Niepotrzebnie próbowałam utrzymać się na nogach. Rakiety to nie narty, nie wypinają się. Upadając powinnam przede wszystkim uwolnić obie stopy ze śniegu. Zanim się zorientowałam w prawej kostce  chrupnęło. Wyrwałam ją do góry i już jadąc w dół starałam się jakoś opanować potworny ból. Zatrzymałam się na  dnie kociołka.

-Wszystko w porządku? -krzyczał z daleka Jose Antonio.

-Chyba nie, powiedziałam bujając się z bólu jak niemowlę w chorobie sierocej. Miałam wrażenie, że złamałam nogę. Jednak zanim Jose (używając swojej techniki siadania i wbijania tyłów rakiet) do mnie zjechał rozmasowana noga bolała już trochę mniej.

-Masz coś przeciwbólowego?

– Paracetamol- dostałam  w Paryżu od Eveline- powiedziałam ściągając z ramion plecak.

-nie mamy wody- zdenerwował się J.A.- nie pozwoliłaś mi zabrać tej ze schroniska.

Rzeczywiście nie pozwoliłam. W kącie pokoju stała nowa, nieotwierana 5 litrowa bańka z supermarketu. Nie potrzebowaliśmy tyle, mieliśmy gaz.

-Zostawmy ją komuś, komu będzie bardziej potrzebna -uparłam się. Zaraz schodzimy coś tam przecież znajdziemy. Zostawiliśmy.

Połknęłam dwie tabletki na sucho. Zdjęłam rakiety. Noga strasznie bolała przy przechylaniu, ale zginała się w pozycji góra dół.

-Możesz ruszać palcami?- możesz stanąć?

Mogłam. Chyba nie jest złamana -wydaliśmy werdykt. Powoli zaczynał działać Paracetamol. Dokuśtykałam jakoś na przełęcz. Jose był na mnie wściekły.

– Czemu nie zaczekałaś? Czemu w ogóle w to wlazłaś? Jeśli rakiety się ślizgają trzeba włożyć raki. Wczoraj padało. Przecież pod śniegiem musiał być lód…

Nie chciałam wdawać się w dyskusję. Miał rację, ale podczas tych 10 dni rakiety ślizgały mi się niebezpiecznie już tyle razy… choćby i wczoraj. To było łatwe miejsce zlekceważyłam je. Moja wina.

Kuśtykałam z trudem. Nie wezwaliśmy pomocy. Nie było sygnału telefonicznego. Zresztą nie wydawało nam się, że stało się coś bardzo poważnego. Bolało i tyle.

-Jak moje kolano skwitował J.A.-Nie, nie sprawdzamy jak to wygląda, lepiej nie ruszać. Jest w bucie. Na razie musimy skoncentrować się i zejść.

Jose wziął moje rakiety i jeszcze klika ciężkich rzeczy z mojego plecaka. Założyliśmy raki.

-Idę pierwszy, ty krok w krok za mną -powiedział. Starłam się

Zejście z Colado MadalenaSzliśmy bardzo powoli, bolał mnie każdy krok. Jose popędzał, na zboczu nad nami wisiał ślad małej, świeżej lawiny. Byliśmy w żlebie, lepiej było stamtąd jak najszybciej wyjść. Po jakimś czasie stok zrobił  się  stromy. Przytomnie przyjrzałam się mapie, nad samym schroniskiem był jakiś zakrętas. Chodziliśmy w górę i w dół nie mogąc znaleźć drogi. Przed nami żleb wchodził w kanion, trawers w prawo prowadził w lekko tylko przysypane, bardzo strome skały, trawers w lewo wyprowadzał na urwisko drugiego strumienia.  Wróciliśmy cały kawał do góry. Nie mogąc zejść tym zboczem przeszliśmy przez żebro schodzące z Pico Riguelo i zeszliśmy po nachylonym pod kątem jakichś 60  stopni stoku.

Refugio RigueloBardzo się bałam, ale spokojny zwykle Jose uparł się  i już. Daleko na przeciwległym zboczu widzieliśmy trójkę wspinających się ludzi. Zachmurzyło się i czasem docierały do nas ich głosy.

-Nie gadaj, nie marudź, tylko idź krok w krok za mną.

Szłam po stoku  stawiając nogi w tych samych miejscach co Jose, z okropną myślą, że jeśli polecę zepchnę go i spadniemy razem. Nie byłoby fajnie. Śniegu mało, straszliwie strome zbocze, najeżone  ostrymi kamieniami…. Noga niepewna…

– Nie zepchniesz bronił się Jose- zobacz wbijam mocno raki, bardzo pewnie stoję.  Zraniona noga niemal nie dawała się  pewnie ustawić. Do aluminiowych raków straszliwie lepił się śnieg. Nie mogłam tupnąć, żeby go usunąć, bolało nawet tłuczenie w raki kijem.

Kiedy zeszliśmy niżej usiadłam, a Jose podszedł do wspinających się ludzi. Jakoś za bardzo się przez ten czas nie przemieścili. Nie mieli bandaża elastycznego. Ćwiczyli ratownictwo.

–Dobrze zeszliście – pochwalili nas. Zimą inaczej się tutaj nie da.

Poczłapaliśmy dalej znakowaną znów ścieżką omijając Refugio Riguelo. Nie miałam siły, żeby jeszcze tam iść. Z trudem i podobno bardzo powoli doczłapałam do miejsca gdzie GR 11.1 skręca na Col de Bozo. Była czwarta.

Colado Bozo-Nie damy rady przejść kolejnej przełęczy w tym tempie skwitował niechętnie Jose. Zostajemy na noc w Refugio Saleras. Podejdziemy jakoś jutro rano.

Kiedy doczłapałam do widocznego z góry Saleras było już wpół do piątej. Jose gotował herbatę.

-Ściągaj but, zobaczymy jak to wygląda -powiedział wciąż myśląc, że nic mi się nie stało. Stopa była opuchnięta i fioletowa.

-Skręcona- skwitował-nie możesz chodzić. Siedź, nie ruszaj się wezwę pomoc.

– Też mi odkrycie, pomyślałam. Włożyłam buta bojąc się, że opuchlizna urośnie i już go nie założę. Łyknęłam dwa Paracetamole. Siedziałam sobie w nie najgorszej, chociaż pozbawionej łóżek cabanie  z pięknym widokiem, sącząc zieloną herbatę. Wcale nie było mi aż tak źle.  Postanowiliśmy poczekać na trzech wspinaczy. Pomysł schodzenia drogą do Aisy po pomoc nie wydawał mi się  fajny, to daleko i pewnie czekałabym sama aż do rana.

Jednak zanim trzej faceci zeszli, od strony Colado Bozo podeszła cała grupa Hiszpanów. Szkółka alpinizmu z przewodnikiem. Poprosiliśmy, żeby nas zwieźli, byliśmy przy samej drodze, kilkanaście minut niżej był parking, ale  wbrew naszym zapewnieniom, że nic strasznego mi się nie stało wezwali Guardia Civil. Gdzieś tam wyżej ponad cabaną był sygnał. Nie wiedzieliśmy o tym.

Zostaliśmy czekając na samochód. W międzyczasie zeszli też trzej znajomi faceci. Jakoś  zeszłam kilkaset metrów do samochodu. Zabrali nas na dół i Gvardia Civil spotkała nas już niemal we wsi.

-Chcecie do lekarza czy zwieźć was  do Lizary? -spytali uprzejmie policjanci.

Pojechaliśmy do schroniska, myśląc że może nic się wielkiego nie stało.

Rano pojechaliśmy do Jaca. Kiedy tylko zaczęłam kuśtykać  w kierunku wejścia do szpitala, podleciał sanitariusz z wózkiem. Jechałam sobie na tym wózku wygodnie…. i przypomniały mi się koszmarne sny, połamane nogi, kalecy i  inwalidzkie wózki. Tak strasznie się bałam… a chodziło tylko o głupią skręconą nogę :)

Colado Bozo z okien Lizary

Pireneje Zachodnie marzec 2011 cz 7

11 marca

Zabawne,  z doliny do lasu,  czyli  chyba do stromego, zasypanego śniegiem żlebu… gdzie przecież  byliśmy wczoraj i widzieliśmy jak ślady znikły, prowadził trakt wydeptany przez wiele rakiet.  Znów syndrom grubej ścieżki prowadzącej donikąd?  Nie sprawdziliśmy.

Wróciliśmy tą samą drogą na przełęcz Puerto d’ Escule. Mając czas wieczorem przyjrzeliśmy się mapie i dotarło do nas, że trawers wyprowadzający z Francji  na Pas de l’ Echale czyli  w zasadzie skalistą wyrwę w brzegu  Ibon de Estanes jest tak stromy, że zimą na pewno nie da się nim wejść. Rzeczywiście kiedy już tam doszliśmy po południu,  w dół nie prowadził nawet pojedynczy ślad. Miejsce gdzie latem była ścieżka wyglądało jak niedostępne urwisko.

Nasza wieczorna droga nie była wcale taka zła. Rano błoto zamarzło,  a strumienie przestały zalewać szlak. Pewnie warto było założyć raki, ale wydeptane przez nas wieczorem stopnie czyli w zasadzie głębokie po kolana dziury zamarzły na kość i teraz pewnie wstawialiśmy nogi w nasze wczorajsze ślady.

Sierra de SecusWisząca dolinka w porannym świetle wydawała się jeszcze piękniejsza niż poprzednio. Chociaż droga nad Ibon Estanes teoretycznie była znakowana (to fragment GR11), zgubiliśmy się od razu. Kilka godzin zajęło nam błądzenie wśród niewysokich, ośnieżonych, podobnych do siebie jak krople wody, łagodnych szczytów Las Crabetas.

Kiedy w końcu znaleźliśmy GR11, okazało się, że szlak prowadzi dnem głębokiego  żlebu. To nie była dobra zimowa droga.  Niewiele myśląc wdrapaliśmy się na sąsiednią grań. Niewysokie, jak nam się wydawało pagóry dokopały nam od razu.

Zbocza były zalodzone i strome, eksponowane trawersy groziły  zjazdem, w dole straszył zacieniony żleb… Moje rakiety bez dodatkowych zębów bocznych nie trzymały i na kilka głupich metrów musiałam założyć raki. Zejście po drugiej stronie znów wymagało przebrania się. Na słonecznej grani śnieg stopniał i trafił nam się kawałek łatwej skalnej wspinaczki.  Jakoś doczłapaliśmy do wzgórza z widokiem na Ibon Estanes. Pamiętałam to jezioro z lata. Wzgórza były wtedy malowniczo zielone, jezioro błękitne, pofalowane skały złocisto różowe… teraz wszystko było jednolicie białe.  Szkoda :)

Ibon Estanes

Zaczęło się chmurzyć.  Błądząc wśród pofalowanej łagodnie bieli zeszliśmy na jakąś przełączkę… jak się okazało nie tą co trzeba. Chyba sąsiednią.  Zejścia w kierunku  Puerto de Vernera nie było widać. Chcąc nie chcąc zaczęliśmy schodzić nad jezioro, bo takie zejście (chyba) widniało na mapie. Ścieżka zeszła jednak aż nad samą wodę (czyli na lód)

Ibon Estanes-Idziemy po lodzie spytałam? W Polsce chodzimy?

-Nie mam mowy- uparł się J.A. -Idziemy w górę nad skały.

Skały jak skały, strome, czasem gołe, czasem zaśnieżone… pokonaliśmy je w butach, chociaż miejscami trzeba było włazić w głęboki  po kolana śnieg. Kiedy w końcu wyleźliśmy na wierzchołek i zadowoleni założyliśmy rakiety, okazało się, że musimy jeszcze ostro zejść. W sumie nie ostro, tylko pionowo… Jose opuścił się na siedząco wbijając tyły rakiet (w jego rakietach pięta może być zamocowana) w miękkie, nawiane zbocze. Ja z rozpędu chciałam zrobić to samo… i okazało się, ze moje super rakiety z wolną (niby to regulowaną i w górę i w dół piętą) nie dadzą się ustawić aż tak stromo. Już siedziałam… zgroza. Jakoś z tego wyszłam, było krótkie,  może z 5 metrów, nie dało się nigdzie daleko spaść, najwyżej przelecieć kawałek po kamieniach, ale nie chciałabym tak schodzić jeszcze raz. Siadanie, które tak świetnie szło Jose dla mnie okazało się niebezpiecznym koszmarem.  Postanowiłam już nigdy nie dać się namówić na żadne tam paskudne siadanie :)  Będę stać mocno na nogach i już.

Puntal del Bozo i Pico LioviellaZanim dowlekliśmy się do przełęczy Pas de l’Echale, okrążając niechcący całe jezioro, zrobiło się popołudnie. Zachmurzyło się. Szansa dotarcia górą przez  Puerto Vernera i Vale de Los Sarios do Lizary zmalała do zera. Nachylone pod kątem 45 stopni zbocze zmiękło.  Jak wyrzut w naszym kierunku rysowały się na nim dwa piękne sinusoidalne ślady narciarzy, z których co chwila zsypywały się „deseczki” połamanej  nartami zlodowaciałej szreni. Gdybyśmy teraz na to wleźli zjechalibyśmy  pewnie razem z nimi…. W rakietach na pewno… Chociaż kto to tam wie, może raki by nas utrzymały… gdyby nie oblepiły się roztapiającym się śniegiem jak banie…  a zwykle się przecież oblepiały… żal mi tego było bardzo.

cirque d'Aspe

Nie mając wyboru zaczęliśmy schodzić, ale szczęśliwi nie byliśmy wcale. Nie mieliśmy pojęcia jak wrócić. Na następny dzień zapowiadano załamanie pogody.  Kiedy staliśmy na odejściu GR11 gapiąc się na widoczną z daleka drogę do Candanchu  biegnącą, jak pamiętałam z lata, skrajem cyrku d’Aspe nadjechali  dwaj narciarze. Sympatyczni Francuzi rozwiązali nasz logistyczny problem.  Obiecali podrzucić nas do Canfranc Pueblo skąd mogliśmy wrócić do Lizary południowym wariantem GR11.

-Pójdziecie w deszcz?

– Jasne- nie martwiliśmy się.- To łatwy szlak. Da się przejść nawet jak pada.

Poszliśmy jeszcze razem na piwo. Pogadaliśmy. Tyle dni nie mieliśmy żadnych wiadomości. Tego dnia, kiedy nocą dorwał nas huragan, w Luchon zginęło dwóch mężczyzn. Wyszli rano pobiegać w rakietach. Bez plecaków, bez żadnych ciepłych ubrań. Podobno pobiegli nad Lac d’ Oo. Już nigdy ich nie widziano. Jeśli utknęli gdzieś w górach tylko w koszulkach, na pewno zamarzli nocą. Gazety pisały o bardzo silnym wietrze. Być może gdzieś ich zasypało.

-Spytaliśmy jeszcze o stopień zagrożenia lawinowego

– dzisiaj już dwa, to oczywiście nie znaczy że lawiny nie zejdą, trzeba uważać… ale kilka dni temu to było naprawdę okropnie. We Francji zeszło kilka lawin. Poturbowało kilka osób. Teraz się poprawia.

Pogadaliśmy jeszcze chwilę o cabanach, o jedzeniu, które bierzemy ze sobą, mapach, naszych trasach. Narciarze myśleli o tym, żeby spróbować spać czasem w górach tak jak my, ale jeszcze nigdy się na to nie zdecydowali. Z jakiegoś powodu pomysł wędrowania po górach zimą, wydawał się wszystkim strasznie egzotyczny.

– Nie macie kompasu i wysokościomierza?- dziwili się. -To jak wy się nie gubicie?

– Gubimy się.  Mamy wszystko ze sobą, przetrwamy nawet zagubieni- mądrzyliśmy się

Kupiliśmy kiełbasę, ser, kuskus i czekoladę i o wpół do szóstej wyruszyliśmy GR11.1 do nieznanego nam, ale zaznaczonego na mapie schronu  na Mallata Gabardito, wysokiej hali na stokach Lecherin, po południowej stronie Sierra d’Aisa.

podejście z Canfranc

Na początku szlaku stał drogowskaz Mallata Gabradito 2 h. Lizara 6,5 godziny.

To ostatnie wydało nam się mocno przesadzone. To pierwsze… cóż dobrze byłoby, gdyby się udało, zrobiło się bardzo późno. Nie mieliśmy już więcej czasu.

Szlak wspinał się piękną, starą drogą dla mułów obudowaną omszałymi kamieniami,  z widokiem na niemal pionowe, złote skały pobliskich kanionów i po godzinie wyszedł na szerszą gruntową drogę. Miałam nadzieję, ze droga dochodzi aż do schroniska. O wpół do ósmej zrobiło się ciemno. Wyszliśmy na wysoką niemal płaską łąkę i droga zanikła. Przy latarkach próbowaliśmy połapać się na mapie. W końcu okazało się, że jedyny znak GR jaki widzieliśmy od godziny jest tuż obok. Naprawdę blisko. Staliśmy na nim.  Nie pasował do mapy.

Za nami w bladym świetle gwiazd rysowała się piękna, tajemnicza sylwetka Pena Collarada.

-Stawiamy namiot – zapytał zrezygnowany Jose Antonio?

-Nie ma mowy- uparłam się. -Szliśmy szybko, minęły dwie godziny schronisko gdzieś tu jest. Znajdziemy je.  Zresztą przecież ma padać.

Poszliśmy całkiem na czuja. Nie było widać żadnej ścieżki, żadnego znaku. Dziesięć minut dalej znienacka wyszliśmy wprost na ukryty w różanych krzakach schron.  Niestety nie był luksusowy. Wybite okno, goła, betonowa podłoga.  Duży kawał drewna, którego  nie było czym porąbać. Nie rozpaliliśmy ognia. Nie dało się. Rozwiesiliśmy nad miejscem do spania tropik namiotu, zasłoniliśmy wybite okno czym się tylko dało. Jakoś tam przespaliśmy, nie było mrozu. Rano obudził nas deszcz. Ciężkie krople z hukiem spadały na zawieszony nad głowami tropik. Dach był dziurawy. Lało. Pena Collarada zniknęła we mgle. Powyżej, zrudziałe trawiaste stoki pokrywały się powoli mętną, szarawą bielą.  Poczekaliśmy godzinę, potem drugą. Bez sensu było tak siedzieć. W końcu ubraliśmy się w płaszczyki z garbem- jedyną rzecz, która naprawdę może ochronić przed zamoczeniem zawartość plecaka i poszliśmy do góry.

Deszcz w Gabardito