Sentiero Uno -dzień czwarty

Zapowiadał się długi dzień. Wyszłyśmy wcześnie i przez jakiś czas szłyśmy w cieniu.

Szlak trawersował dużą, z daleka gładką, ale z bliska pełną półek i trawek ścianę.  Była woda.

W kilku miejscach zawieszono krótkie łańcuchy. Trudności-czyli zwykłe tu ażurowo ułożone głazy zaczęły się już pod samą granią. Ostatni kawałek trochę dawał w kość. Z daleka widziałyśmy wyprzedzających nas tym razem Włochów. Kiedy podeszłyśmy pod przełęcz pomachali nam i zeszli. Na grani zrozumiałyśmy dlaczego. Przełęcz była ostra i wąska, było na niej miejsce najwyżej na trzy osoby, do tego okropnie tam wiało.

Posiedziałyśmy chwilę i podobnie jak nasi poprzednicy szybko zaczęłyśmy schodzić.

Początek zejścia jest ubezpieczony, potem robi się bardziej płasko, ale ścieżka znów wchodzi w ruchome kamienne bloki. Zejście zajmuje sporo czasu. Dopiero na progu, za płatami starego śniegu pojawiają się trawki i ścieżka staje się łatwa.

Dolina Miller jest piękna. Ugotowałyśmy obiad przyglądając się stadu owiec nad małym stawem i poszłyśmy dalej. Nie spieszyłyśmy się, myśląc, że w razie czego rozbijemy sobie gdzieś namiot, ale po minięciu Schroniska Gnatti (CAI, wydawało się bardzo miłe), nie trafiłyśmy już na żadne płaskie miejsce.

Ścieżka weszła w trawers stromego zbocza, przeszła ubezpieczoną (nie wiem po co) „passo di Gatta”- która pomimo nazwy wcale nie była przełęczą, tylko progiem wyższego piętra doliny, minęła ponure schronisko Baitone przy tamie wielkiego zaporowego jeziora, a potem podeszła szeroką dolinką przez ukryte już w cieniu łąki, pełne pasących się krów.

Niemcy bardzo chwalili Schronisko Tonellini, i rzeczywiście mieli rację. Rozbicie namiotu nie było żadnym problemem, kiedy już niemal w ciemności kończyłyśmy wbijać ostatnie szpilki chłopak ze schroniska przyniósł nam dwa kubki z gorąca herbatą… nie było też opłat za siedzenie przy stole. W jadalni spotkałyśmy parę osób, też trzech znajomych już Włochów. Dostałam od nich kilka opisów włoskich długodystansowych tras, też jednej która była bardzo blisko- Sentiero Duo.

To schronisko było naprawdę wyjątkowe, bardzo różne niż choćby to w którym spałyśmy kilka dni wcześniej. Nawet ceny prostych rzeczy takich jak herbata czy wino były inne -dla członków klubu specjalne-czyli bardzo tanie.

Nocą położona niżej tama na dalekim Jeziorze Baitone świeciła rzędem skierowanych na wodę lampek. Piękny, chociaż nie naturalny widok.

Share

Sentiero Uno- dzień trzeci

Według planu ten dzień nie powinien być długi. Refugio Prudencini leży za granią. Wyspałyśmy się więc wygodnie na zapas i wyszłyśmy chwilę po ósmej.

Początkowo ścieżka szła dnem szerokiej doliny. Patrząc na mapę wyobrażałam ją sobie jako łatwą i nudną, zwłaszcza, że są w niej obok siebie aż dwa schroniska. Spodziewałam się pomiędzy nimi co najmniej ruchliwej drogi. W rzeczywistości dolina była piękna i pusta, a ścieżka poza pierwszym krótkim odcinkiem, niemal niewidoczna. Miło było dla odmiany popatrzeć na zielone łąki pełne pasących się zwierząt i zakola łagodnie płynącej rzeczki. Zwłaszcza o świcie, kiedy trawa była jeszcze pokryta rosą, a powietrze przezroczyste i zimne.

W bacówce na Malga Adame można kupić świetne (a jak wyczytałam później również sławne) sery i salami. Są niedrogie,  w każdym razie tańsze niż w sklepie. Dodatkową atrakcją jest przyjemność próbowania i możliwość spytania jak się to wszystko robi. Smakowały mi wszystkie, więc kupiłyśmy z każdego po kawałku. Były i kozie, i krowie, i mieszane. Nie jestem wielbicielką salami, ale zjadłyśmy je ze smakiem kiedy  zaczęły nam się kończyć kabanosy. Gdybyście tamtędy szli, nie przegapcie, to jedyna możliwość kupienia jedzenia na szlaku.

Odległe o godzinę drugie schronisko Baita Adame (wydaje mi się, że należało do gminy) obaliło moją teorię, że te klubowe (w tym wypadku CAI) są tańsze. Nocleg kosztował 12 Euro, nie spytałam o prysznic, ale schronisko było malutkie i wydawało się bardzo miłe.

Kilkaset metrów wyżej ścieżka skręciła na stromy, początkowo trawiasty stok. Podejście na Passo Poia (2810 m npm) było wygodne i proste. W kilku miejscach pojawiły się łańcuchy, ale nie było ekspozycji i ruchomych kamieni. Przed nami piękny widok na  skalne urwisko i lodowiec Adame. Wysoko przed lodowcem jest biwak i widać było prowadzącą do niego ścieżkę. Sam biwak- pomarańczowa kapsuła był tylko ledwo widoczną kropką. Wokół lodowców Adamello jest sporo wysoko położonych biwaków. Kiedyś wezmę raki i czekan i wrócę zobaczyć te wysokie szlaki.

O ile wejście na przełęcz nie stwarzało żadnego problemu, zejście wymagało sporo gimnastyki. Droga przebijała się przez labirynt zwalonych skał.

Trudno to w odpowiedni sposób pokazać na zdjęciu. Skały były luźne i wiele z nich się bujało. Niektóre były rozmiarów dużego samochodu, inne zupełnie małe. Pod nimi często straszyły wielometrowe dziury. Nic straszliwego, ale trzeba uważać na każdy krok,lepiej obciążyć lekko i sprawdzić każdy podejrzany kamień zanim się na nim stanie całym ciężarem. Najbardziej ergonomiczne i skuteczne jest zapomnienie o trwałej równowadze i dynamiczne skakanie po czubkach, ale nie każdy ma w tym wprawę i nie każdemu taki teren się spodoba. Jeśli się idzie ostrożnie nawet krótki kawałek zajmuje bardzo dużo czasu.

Tego dnia spotkałyśmy trzech Włochów z Genui, szli w tym samym kierunku co my. Spotykaliśmy się potem co jakiś czas. Minęliśmy jeszcze dwie schodzące w przeciwnym kierunku grupy, poza tym byłyśmy w górach  same.

Przy schronisku Prudencini spotkałyśmy Niemców z pociągu. Tak jak my sypiali w namiocie, dzięki nim dowiedziałyśmy się, że namioty można rozbijać też obok schronisk. Trzeba tylko zapytać, czy nikomu to nie przeszkadza.

 

Share